Berek Marcin Szczygielski Instytut Wydawniczy Latarnik

Berek okładka miękkaBrawurowo opowiedziana historia dwojga ludzi, których pozornie nie łączy nic poza wzajemną nienawiścią. Paweł, typowy wielkomiejski gej, i Anna, przedstawicielka moherowych beretów, choć mieszkają w jednej kamienicy, tkwią w swoich własnych światach. Żadne z nich nie jest zdolne do zaakceptowania stylu życia drugiej strony. Eskalacja ich konfliktu nieuchronnie musi doprowadzić do dramatycznej konfrontacji...
Dosadne opisy, bezkompromisowa satyra i niespodziewana delikatność rodem z filmu Amelia sprawiają, że Berek to lektura, od której nie sposób się oderwać.

Tyle mówi ofiacjalna notka na okładce.

Berka napisałem ze... złości. Złości na to, co działo się w mediach, złości na nagonkę na gejów, na zakłamanie, totalną hipokryzję tych, którzy wtedy – całkiem niedawno – występowali jako polityczne autorytety. Ze złości na to, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat zacząłem czuć się chwilami niewygodnie jako gej. Ale także ze złości, że zabrakło mi w naszej literaturze, filmach i teatrze wizreunku gejów będących integralną częścią naszego społeczeństwa, a nie wyrzutkami, marginesem, bądź oderwaną od rzeczywistości społecznością.

W lipcu wziąłem tydzień urlopu i ruszyłem w kierunku morza. Droga do naszego zachodniopomorskiego Łukęcina trwa minimum 7 godzin. W połowie autostrady Stryków - Tomyśl zacząłem myśleć o nowej książce. Wszytko już miałem wcześniej przygotowane, rzecz miała nosić tytuł Pop Story i traktować o małżeńskim czworokącie. W radio usłyszałem bełkot Giertycha i nagle zacząłem się zastanawiać co by się wydarzyło, gdyby Giertych zamieszkał w zwykłej kamienicy przez ścianę z jakimś rozrywkowym gejem. Kilkanaście kilometrów później Giertych zacząl mi ewoluować. Pojawił się beret. Giertych w berecie? Nie... Kilometr dalej Giertych nieoczekiwanie zmienił płeć i nieco się posunął. Nagle zorientowałem się, że niczym ćma z poczwarki z Giertycha wylazła mi Anna. Giertych zamienił się w pusty nadęty balonik i odfrunął z wiatrem – kto by pomyślał, że taka to będzie prorocza wizja – a Anna zaczęła się rozwijać, komplikować i nabierać barw. Okazało się, że ma córkę, a ta córka to jeden kłopot – zorientowałem się patrząc na minę Anny, gdy padło imię Małgosi. Anna miała także PRZESZŁOŚĆ. Ta przeszłość była jeszcze wtedy dla mnie tajemnicą, ale niczym przez mgłę ujrzałem już wtedy rudą czuprynę jakiegoś rozwiązłego, zmysłowego faceta. Na stanowisku oczywiście. Zdecydowanie krył się w tym dramat. Anna, sucha, starzejąca się, złośliwa kobieta, która do tej pory zawieszona była w mojej wyobraźni niczym bohater Matrixa w białej bezkresnej pustce, zaczęła materializować wokół siebie rekwizyty. Pojawiła się tabliczka z napisem „Bufet zamknięty”, okładka tygodnika Panorama, pocztówka z mrugającą Chinką, mydło For you, papierosy Carmen, czarne, obite skajem fotele z lat 70-tych, telewizor, torebka, miętusy, szminka. Na razie te przedmioty wirowały wokół niej leniwie, ale przybywało ich z każdą sekundą. Radio z budzikiem, wersalka, wyszkowska meblościanka. I jedzenie, góry jedzenia - galaretki wieprzowe, śledzie z cebulą, makaron z serem, kolorowe galaretki w wysokich, przezroczystych pucharkach, knedle ze śliwaki, ciasta! Niekończące się defilady serników, wuzetek, makowców, rolad z bitą śmietaną, pierników, murzynków i drożdżowych bab.Nagle zorientowałem się, że przestrzen wokół Anny wypełniła się całkowicie - pojawiło się jej mieszkanie, przeszłość, przyszłość i rzeczywistość. Wystarczyło podejść do stolika pod lustrem w przedpokoju i spojrzeć na kopertę z rachunkiem za telefon, żeby sprawdzić w jakiej części Polski stoi ta kamienica. Ulica Rakowiecka, Warszawa.

Mijałem właśnie wbijalem się w koszmarne objazdy Gorzówa Wielkopolskiego.

Spojrzalem za siebie – w dużym pokoju Anna akurat usadowiła się na jednym z foteli, wzięła do ręki pilota od telewizora, a ławie-jamniku ustawiła sobie głęboki talerz z makaronem muszelki, posypanym kruszonym twarogiem. Nie mogła mnie dostrzec, ale ja widziałem ją niezwykle wyraźnie. Wyszedłem z mieszkania Anny na korytarz i popatrzyłem na drzwi jej sąsiada. Podszedłem do nich i nacisnąłem klamkę. Otworzyły się natychmiast, cicho i lekko. Nie musiałem nawet spoglądać na rachunek za telefon, leżący na półce pod wieszakiem w przedpokoju, żeby dowiedzieć jak ma na imię sąsiad Anny. Już to wiedziałem. Nazywał się Paweł. I był w domu.

Paweł odwrotnie niż Anna, nie wisiał zawieszony w bezkresnej, białej pustce. Pojawił się całkowicie kompletny i realny dokładnie w chwili, gdy spojrzałem na drzwi do jego mieszkania i postanowiłem tam zajrzeć. Kiedy wszedłem do pokoju, leżał na brzuchu na łóżku i oglądał na komputerze odcinek „Twilight Zone” z 1956 roku. Ten, w którym młoda dziewczyna na dworcu autobusowym spotyka swojego sobowtóra. Stanąłem przy wejściu i zacząłem przyglądać się Pawłowi. Z zaciekawieniem, ale też z przyjemnością. Ubrany był tylko w biały podkoszulek i kremowe, tenisowe skarpetki. Porośnięte złotawymi włoskami uda miał szeroko rozstawione, nogi zgęte w kolanach, a pięty jego stóp niemal dotykały nagich, jasnych pośladków. Lewą dłoń zwiniętą w pięść podłożył pod brodę, a w prawej trzymał króciutkiego, blanta. Okrągłymi, błekitnymi oczami wpatrywał się w monitor komputera, całkowicie pochłonięty oglądaną historią. Był nieogolony. Jego włosy były trochę za długie, słońce rozjaśniło niektóre z pasm. Wiedziałem już, że Paweł był gejem, a jego przeszłość kryła sporo mrocznych rodzinnych sekretów i wiele miłosnych zawodów. A także wiele, bardzo wiele miłosnych uniesień.

Dtarłem do Pyrzyc i przez moment skupiłem się na drodze, bo straciłem orientację. Po chwili jednak dostrzegłem drogowaskaz prowadzący na Szczecin. Uspokoiłem się i wróciłem do Pawła.

Odcinek „Twilight Zone” właśnie się kończył. Paweł przwrócił się na plecy, zaprezentował mi się w całej okazałości, wyrzucił ręce za głowę i przeciągnął tak, że aż strzeliły mu stawy. Wyjął płytę z komputera i ostrożnie schował ją do opakowania, zawierającego całą, kompletną serię. Odstawił pudełko na półkę, na której równym rzędem stały inne filmy science fiction i horrory. Nawet nie musiałem czytać napisów na grzbietach, żeby sprawdzać, jakie tytuły się tam znajdują – wiedziałem to doskonale. Paweł zgasil blanta, tlącego się w białej popielniczce z napisem Golden American, zrzucił podkoszulek i skarpetki, a potem pobiegł do łazienki wziąć prysznic. Był sobotni, ciepły wieczór. Paweł - jak niemal w każdy weekend – wybierał się do klubu. Tego dnia miało to być Toro, w którym Paweł umówił się ze swoim przyjacielem Michałem.

Właśnie wjeżdżałem na przedmieścia Szczecina, a po kilku minutach skręciłem na autostradę prowadzącą do Świnoujścia.

Wróciłem jeszczed na chwilę do Pawła, popatrzyłem sobie trochę na niego, kiedy brał prysznic. Później zajrzałem do Anny. Ze ściągniętą twarzą wpatrywała się w aparat telefoniczny, stojący na półce regału. W telewizji właśnie skończyła się Panorama. Zza ścianjy dobiegły nagle przytłumione, ale całkiem wyraźne dzwięki muzyki. Znałem tę płytę, to było „Statues” Moloko. Anna z wściekłą miną oderwała wzrok od aparatu i popatrzyła na ścianę dzielącą ją od Pawła. Potem zaczęła mówić do siebie. Słuchałem uważnie. W pół godziny później muzyka umilkła. Anna wciąż mruczała do siebie pod nosem, gdy na klatce schodowej trzasnęły drzwi i rozległy się kroki Pawła. Właśnie ruszył na spotkanie swojego przeznaczenia. A ja wiedziałem dobrze co się dalej stanie. Musiałem to tylko spisać.

Berek okładka twarda