Berek Marcin Szczygielski Instytut Wydawniczy Latarnik

papierGEJOWSKI FREDRO


Nie wiem, czy wzajemna nienawiść Pawła i Gawła to historia gejowska, ale ukradnę ją sobie dla recenzenckich potrzeb. Tym bardziej, że książka, o której chciałbym powiedzieć kilka słów, wyrasta z prężnie rozwijającego się, jak można obecnie zauważyć, nurtu literatury gejowskiej. Otóż wszyscy znamy tę bajkę Fredry albo przynajmniej jej najsłynniejszy fragment „wolnoć, Tomku, w swoim domku”. Anna – moherowa dewotka – i Paweł – wielkomiejski, wyemancypowany gej – główni bohaterowie „Berka” Marcina Szczygielskiego, stosują tę zasadę bardzo konsekwentnie. Podobnie jak Paweł z Gawłem, żyją w jednej kamienicy i nawzajem, jak tylko potrafią, uprzykrzają sobie życie. Jak na dobrą bajkę przystało, da się z niej wysnuć morał, ale jego wydźwięk jest zupełnie inny niż w bajce Fredry, choć równie jednoznaczny: kochajmy się, bo jesteśmy jedną wielką rodziną. Gej z moherówą, umięśniony Herkules i anorektyczka. Wszyscy „jesteśmy”. Nikt nie ma wątpliwości. Te słowa padają w zakończeniu powieści trzykrotnie.

Piszę o książce Szczygielskiego w momencie, kiedy nastąpiła już wstępna recepcja. W kręgach gejowskich „Berek” wywołał wiele nieporozumień, spolaryzował poglądy. Przez jednych uważany za gejowskie czytadło lub harlekin (choć przecież niekoniecznie rozumiany negatywnie), przez innych jako interesujący dokument społecznych przemian, a może nawet elementarz pewnych postaw i zachowań. Zastanawiające, na ile ta ożywiona dyskusja przeniknie do krytycznoliterackiego mainstreamu, ale to już zupełnie inna bajka. Czas pokaże. Ja zresztą bardzo kibicuję „Berkowi”, co nie oznacza, że pozbawiony jestem wątpliwości. I to od nich chciałbym zacząć.

Zestawienie dwóch odrębnych światów, na którym zasadza się kompozycja narracyjna, okazało się dość interesujące, językowo i humorystycznie udane, a w efekcie przyjemne. Pewnie i pouczające. Ten edukacyjny walor „Berka” był zresztą wielokrotnie podkreślany. Jednak pomysł zderzenia dwóch innych, choć w gruncie rzeczy bardzo podobnych światów, już od początku wydawał mi się ryzykowny. Zanim w ogóle rozpocząłem lekturę (wcześniej znałem jedynie anonsy) pojawiła się obawa, że ten dobry pomysł może zostać rozwiązany w najbardziej przewidywalny, tendencyjny, a może nawet sitcomowy sposób. I tak właśnie się stało. Optymistyczne zakończenie, w którym Paweł zaprzyjaźnia się z Anną, jest jednak bardzo niebezpieczne, i nie dlatego, że trochę banalne czy łzawe, lecz z tego powodu, że sugeruje totalizujące przesłanie: bez względu na różnicę, stanowimy jedną wielką rodzinę. Takie uniwersalistyczne proklamacje, co by o nich nie powiedzieć, są przecież charakterystyczne dla kultury popularnej, choć bardzo mnie zniechęcają, bo wpisują się w niedobrą tradycję nieludzkiego albo wręcz fałszywego – jak pisał ongiś Lévi-Strauss – humanizmu. Książka mówi, że różnice między nami są tylko pozorne, że w gruncie rzeczy chodzi o „to samo” (tu warto pamiętać o derridiańskim znaczeniu). Boję się, że ta sprawnie i wdzięcznie napisana książka zmierza w identycznym kierunku. Szczerze mówiąc, wątpię w takie sojusze. Są one możliwe tylko w tanich książkach i komediach romantycznych. Oczywiście, chciałbym, żeby było inaczej. Ale może problem leży gdzie indziej, na przykład po mojej stronie. Może przyzwyczaiłem się do tego, że literatura (ta wysoka) nie daje łatwych odpowiedzi, że nie rozstrzyga, lecz stawia problemy. Tutaj rozwiązanie podane jest na tacy. Wystarczy sięgnąć. W końcu przecież literatura popularna żywi się takimi łatwymi kęsami.

„Berek” to chyba rzeczywiście niemal typowa powieść emancypacyjna i to w bardzo szerokim znaczeniu: zdradza pragnienie uniwersalizacji ludzkiego doświadczenia, co typowe dla lyotardowskich wielkich narracji. Nasuwa się tutaj bardzo odległa, ale dość charakterystyczna, analogia. Historyczna i kultowa wystawa fotograficzna Edwarda Steichena z 1955 roku „The Family of Man”, która zyskała światową popularność, starała się właśnie pokazać, że wszyscy ludzie są jednakowi bez względu na rasę, wyznanie, narodowość, przynależność klasową (orientacji seksualnej wówczas nie podkreślano, ale pewnie moglibyśmy ją tutaj dodać), że łączą nas ze sobą uniwersalne aspekty ludzkiego losu, tj. cierpienie, samotność, choroba, ale także szczęście, miłość, etc. Ten totalizujący, jeśli nie totalitarny, wymiar optymistycznego humanizmu bardzo szybko został zaatakowany i oceniony w gruncie rzeczy jako fałszywy, bo wspierający jedynie jakąś wielką mitologię (jednym z krytyków Steichena był Roland Barthes), która podstępnie uprawomocnia wiedzę o człowieku. Wydaje się, że „Berek”, chcąc nie chcąc, nosi w sobie jakiś odprysk takiej wielkiej emancypacyjnej sagi o człowieku, co zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę autorski cel: z jednej strony napisać książkę łatwą, przyjemną, rozrywkową, a przy tym familijną, człowieczą, o każdym z nas i dla każdego. A z drugiej strony – książkę, która przyniesie sukces, także medialny, jakiego nie można już chyba „Berkowi” odmówić i to nie tylko z uwagi na głośny coming out Tomasza Raczka, wydawcy i partnera, a także autora wstępu, od którego wszystko się zaczęło. Tę książkę mógłbym zaakceptować, ale bez zakończenia, które może wyrządzić „Berkowi” wiele złego. Mówię to bez ironii, z matczyną (sic!) troską.

Bo jeśli miałbym za coś „pogłaskać” „Berka”, to za jego dowcip. I sympatię, którą przewrotnie wzbudza Anna, nie Paweł. Może dlatego, że łączy w sobie wiele sprzeczności i czarny angielski humor. Czasami przypomina mi Bukietową, której afektacja, nadtroskliwość, ale i dewocja popycha Sheridana w stronę gejostwa. W „Berku” tej zapiekłej, nienawistnej, radiomaryjnej homofobce również zdarza się od czasu do czasu mimowolnie „przegiąć”. Zresztą jest ona, o dziwo, bardziej ciotowska niż Paweł, czy jakikolwiek inny gej Szczygielskiego. Bo trzeba powiedzieć od razu, że tu w ogóle nie ma ciotek, są tylko geje, męscy do bólu, bez przegięć, idealni, a w sumie nudni, bo trochę kopiujący heteryków. Ta słodka, niezależna ciotowatość albo kampowość, znana choćby z „Lubiewa”, jest tu skrupulatnie wyeliminowana, albo właśnie przeniesiona na Annę, która czasami wydaje się być takim zniewieściałym facetem i trochę przypomina Patrycję albo Lukrecję. Ta migotliwość, nie wiem, czy zamierzona, bardzo mi się podoba, bo przecież, w gruncie rzeczy, chodzi tutaj o grę, i to nie tylko z czytelnikiem. Ale także z językiem, może nawet z tożsamością. Zarówno „berek” jak i „beret” (moherowy) brzmią niczym obelga, która piętnuje i naznacza. Warto więc przemyśleć: berek, przed którym uciekasz, to być może wstydliwe (nie dla samego berka, lecz dla innych) pożądanie, które prędzej czy później cię dotknie i sam zaczniesz gonić. Bo berek to queer, odmieniec, który budzi powszechny strach i nienawiść. A może berek to ktoś „dotknięty” AIDS, przed którym panicznie uciekają wszyscy ludzie. Bo problematyka wirusa HIV, którym zostaje zarażony Paweł, jest w tej powieści obecna, ale inaczej niż dotychczas. Już nie budzi grozy i paniki, jest chorobą oswojoną, jak każda inna, z którą można żyć i być człowiekiem, niekoniecznie berkiem, który straszy. Berek to ten wykluczony, który chce się pozbyć swojego wykluczenia. Można powiedzieć, że „Berek” Szczygielskiego to taka gra dla „dużych” dzieci, w której nie ma przegranych. Albo taka zabawna i pouczająca bajka, w świetle której sam autor, biorąc pod uwagę grę z konwencją, bawi się w gejowskiego Fredrę, który uczył nas o człowieku poprzez zabawę, dowcip, intrygę. Albo w Szekspira z komedią omyłek w tle. I może to nawet zabrzmieć jak komplement.

Tomasz Kaliściak, 01.01.2008

 

Tomasz Charnas Igraszki (dla) dorosłych


Hojnie obdarował mnie w tym roku Mikołaj, z pomocą wykamingałtowanego Tomasza Raczka. Dostałem w swoje ręce powieściowego Berka autorstwa Marcina Szczygielskiego. I to z limitowanej edycji de luxe – z twardą i niegrzeczną/grzeszną okładką, mocnym szyciem oraz bonusowymi niby-kolażami warszawskiego grafika, redaktora i jawnego powieściopisarza pop. Prezent od znanego krytyka i wydawcy oraz jego autora szybko przysłużył się mojej czytelniczej zabawie (wreszcie optymistyczna homoliteratura, w której rządzą komizmy spod znaku Pogodno!), a nawet dał powody do myślenia (tezy wyjściowe: „wszyscy jesteśmy tacy sami”, pozostajemy ludźmi do samoakceptacji albo życiowej autopoprawki). Obdarzy też Instytut Wydawniczy Latarnik następnych pożądających momentami niestosownej, przynajmniej w chwilach erekcjogennych uniesień, namiętnej albo dającej przyjemność (mówiąc bezkrytycznie, choćby w duchu Barthes’a), pozytywnie działającej lektury z tęczowej biblioteczki. Po sprzedaniu 10 tysięcy egzemplarzy zarządzono kolejny dodruk Berka, w związku z czym tak potencjalni narcyzowie z mniejszości czytającej, jak poszukujący książkowego prezentu homosi zdążą się zaopatrzyć w powieść, upoić i zaspokoić lekturowo w ciągu jednej nocy. (Kolejnej warto przekazać dalej, np. leżącemu obok, niepoplamiony egzemplarz na mniej lub bardziej prozaiczny seans).
I prywatnym, i nieformalnym podarunkiem – na kształt różowej landrynki by Szczygielski à la Nieznalska – zjedna sobie niejeden badman chyba każdego niewinnego, czułego, czytającego z sentymentem, bez filologicznych uprzedzeń podchodzącego do lektury chłopca z branży. [...]

Czym właściwie jest powieść Marcina Szczygielskiego i czego warto się w niej doszukiwać?

Berek ukazuje początkowo niemiłosną, aczkolwiek w finale dość romantyczną i cukierkową (w sam raz dla niedopieszczonych i w samotności taplających łyżkę w słoiku po nutelce), serialowo-nowelową historię dwojga ludzi, których pozornie nie łączy wiele, poza wspólną klatką schodową i wzajemną nienawiścią.
PAWEŁ przedstawia się jako typowy wielkomiejski gej, nieco przegięty pracownik agencji reklamowej (tu zwanej – słusznie – fabryką), mężczyzna wyzwolony niczym Frytek (woli krótkie i intymne znajomości, praktykuje jednorazowy seks i pielęgnowanie swojej znienawidzonej samotności).
ANNA z kolei występuje jako podstarzała moherówa, przedstawicielka zakłamanych („polska moralność” i wielka gęba), uprzedzonych i z powodu swojego (świato)poglądowego wyn(at)urzenia odrzucanych. W razie (groźby) bliskiego kontaktu z innym, odpycha (także fizycznie) albo przeklina jak opętana.
Chociaż bohaterowie mieszkają w jednej kamienicy, słyszą, podglądają i obgadują się codziennie. uciekają od namacalnego życia, izolują się, tkwią w swoich własnych światach, czekając na... kogoś szczególnego. Kto ich (los skazanych na samotność) odmieni.
[...]
Posiadania półheteronormatywnego tomu nie trzeba się wstydzić. Lektura całkiem zwyczajnie wciąga (nawet jasnowidzowie amerykańskich komedii romantycznych zostaną chwilami zaskoczeni, bo na happy end każdy i tak czeka do skutku), uprzyjemniając chwile wolności bądź odosobnienia. Szczygielski porusza się w o wiele przyzwoitszych rejonach literatury gejowskiej niż Genet czy Witkowski, pisze po ludzku i dla szerokiego grona odbiorców (przystępnie i przyzwoicie obyczajowo również dla większości – „nieczytatych”). Ciężar gatunkowy prozy autora Farfocli namiętności sytuuje go w pobliżu Maćka Millera czy wczesnego Bartosza Żurawieckiego. Co ważne w chłodne i samotnie spędzane dni, „Berekopisarz” potrafi też rozczulać – niczym Philippe Besson w Chłopcu z Włoch i Pod nieobecność mężczyzn.
Niezałtingowani a przyłapani na czytaniu Berka mogą się obawiać, że widok ten u matki ich czcigodnej i nieteściowej bogobojnej wywoła radiomaryjne porady i lamentacyjne śpiewy, podobnie jak u innych zdezorientowanych „katopolic”, urzędujących w sferze wpływów toruńskiej stacji. (Oby i tam dotarły „egzemplarze recenzenckie”. Jak spalą lub skrytykują „po”, znaczy, że warto czytać – do śmiechu lub łez). Osobiście spodziewam się większej liczby reakcji pozytywnych, a nawet okrzyków radości z pęknięcia mentalnej konserwy lub moherowego beretu u obdarowanych [autotested]. W końcu dla nikogo nie jest za późno! By poznał siebie poprzez innych. I choćby tylko empatyczną lekturę.

Tomasz Charnas 19.12.2007

 

 

 

polgej logo

STRUKTURA MOHERU

Tak się złożyło, że „Berek" Marcina Szczygielskiego trafił w moje ręce jako piąta, ostatnia z książek „młodogejowskich", które jak złote liście posypały się na moją głowę tej bezprecedensowej Gejowskiej Jesieni. I złożyło się bardzo dobrze, bo po (niemałych czasem) trudach lektury czterech pierwszych, przy tej opowieści mogłem wreszcie odpocząć. Zrelaksować się. I to jest jej, moim zdaniem, największa, choć nie jedyna zaleta

Odpocząłem przy „Berku"

po męczącej, miejscami niekomunikatywnej i czczej naukowości Warkockiego.

Odpocząłem przy „Berku"

po silnych wzruszeniach, jakich dostarczył mi mroczny ni to kryminał, ni to moralitet Pasewicza.

Odpocząłem przy „Berku"

po retorycznych wygibasach Żurawieckiego, przeżywającego ogromne tragedie z tytułu posiadania profilu w Internecie.

Odpocząłem przy „Berku"

po rozpolitykowaniu Zygmunta, strzelającego do Kaczek jak na razie tylko śrutem, ale z widokami na kolubrynę.

ANTYFONA: A przecież znalazłem w „Berku" i jasną autorską deklarację polityczną, podaną mimochodem, spomiędzy wierszy, bez zajadłości. I mnóstwo humoru zawartego w zwykłych, naturalnych dialogach, a nie w zaskakujących figurach retorycznych, które zanim pozwolą się roześmiać, każą najpierw podziwiać swoją misterną konstrukcję. I jeszcze więcej wzruszeń płynących z danej nam przez autora możliwości podglądania najprostszych, a przez to najszczerszych, spontanicznych, głęboko ludzkich uczuć. I tak całkiem „dla blondynek" też nie było, choć obeszło się bez akademickiego wykładu: losy Pawła to dobra szkoła życia dla każdego geja, a dodatkowo autor (nie wiem, czy było to zamierzone szerzenie wiedzy) ustami doktora Nowaka mówi w łatwo przyswajalnym skrócie wszystko, co współczesny gej powinien wiedzieć o życiu z wirusem HIV. Te akapity są więcej warte niż tony suchych medycznych ulotek, a jak ważne w dobie powszechnego barebacku i nieprzejmowania się rzekomo już okiełznaną farmakologicznie chorobą - nie trzeba nikogo przekonywać.


Dzięki temu, że po „Berka" sięgnąłem najpóźniej, zdążyłem z cudzych recenzji dowiedzieć się, że kicz, że kit, że czytadło, że porno. No to od tego porno zacznijmy. Opisy seksu stanowią nikły procent tekstu, to po pierwsze, a po drugie: każdemu bym życzył, żeby tak potrafił o tym pisać jak Szczygielski. Pełen konkret (na granicy wzwodu u czytelnika), a przy tym zero wulgarności i wszystko przesycone autentyzmem uczuć: ciepłem bliskości, ale i niepewnością, bywa że upokorzeniem. Jako jedyny z tych wielkich gejowskich pisarzy, którzy tak nam obrodzili tej Jesieni, Marcin Szczygielski - by przypomnieć słynny apel Sławka Starosty sprzed kilkunastu lat - „pamiętał o dupie". O dupie, o kutasie, o jądrach. Tak, nawet o jądrach! I dobrze, bo one - te jądra, ten kutas - nie łudźmy się, w zasadniczym stopniu konstytuują naszą gejowską rzeczywistość.

Zrobiło mi się lżej na duszy, a świat stał się znośniejszy, gdy główny bohater, bez wątpienia porte parole autora, choć wielbiciel literatury s-f (witam w klubie) oraz syn autora niezłej powieści w tym gatunku, przyznaje z prostotą, bez fałszywego wstydu i bez tego cholernego ciotowskiego snobizmu, że gejowskie opowiadania erotyczne, które czytywał w „Inaczej", „Facecie" czy „Menie", kształtują jego sposób myślenia o seksie; nazywania go. Ta papierowa pornografia... wpisuje się na trwałe w mój światopogląd. Zaliczam ją do literatury na równi ze szkolnymi lekturami czy powieściami Larry'ego Nivena, Ursuli K. Le Guin i Lema. Gejowskie opowiadania są dla mnie po prostu innym sposobem opisywania świata - ani lepszym, ani gorszym. A z pewnością dostarczającym równie silnych (niekiedy nawet silniejszych) przeżyć.
Powiem krótko: wreszcie ktoś mi podziękował za prawie 10 lat redagowania samego tylko „Adama", gdzie „obrobiłem" do druku około 800 (słownie: ośmiuset) opowiadań, a były wśród nich teksty bardzo dobrych autorów, nieustępujące, a nawet przewyższające wiele z tego, co jest dziś w mainstreamie celebrowane jako „literatura", ale też mnóstwo przepisywanej ze słabo czytelnych rękopisów amatorszczyzny, której zadaniem było podniecać właśnie przez swoją amatorskość. Mimo że sam nigdy nie napisałem opowiadania erotycznego, siedzę w nich jako redaktor i nieraz się zastanawiałem, czy aby na pewno dobrze zrobiłem rezygnując w 1992 roku z kariery akademickiej. Teraz wiem, że dobrze zrobiłem.

Tajemnicą autora pozostanie zadziwiająca znajomość fizjologii kobiety; wszystko co dzieje się w obrębie krocza Anny - i tej współczesnej, 63-letniej, i tej 32-latki pokazanej w jednej z retrospekcji - ba, chemizm jej pochwy jest tak prawdziwy, tak stuprocentowo kobiecy, tak daleki od kiczu i, wbrew pozorom, satyry, że trudno uwierzyć w męskie autorstwo tych partii tekstu. Wychowywany w pierwszych latach życia - tej brzemiennej w późniejsze skutki freudowskiej „fazie oralnej" - przez mocno leciwą babcię, w otoczeniu jej sąsiadek (średnia wieku ok. 70 lat), których nazwiska dziś jeszcze wyrecytuję z pamięci - o podobne doświadczenie niemowlęce podejrzewam mojego imiennika. Skąd młody facet, w dodatku gej, by wiedział, że się gruba baba w upał zaparza pod cyckami, a opasłe uda podczas marszu się zacierają; że na starość przy wysiłku lub z emocji kobiety mogą nie trzymać moczu; że cierpią na zaparcia (moja babcia latami jechała na Normosanie)? Owszem, to można sobie wykoncypować, ale pod piórem Szczygielskiego - w ustach i myślach Anny - brzmi jak pozyskane w gotowej postaci z zewnątrz, z czasów, gdy chłonny dzieciak przysłuchiwał się, jak se baby porody opowiadały. Pozyskane wraz z doskonale tu odtworzonym językiem starobabskim (partie Anny to majstersztyk pastiszu).

Intencją autora było, jak przypuszczam, aby czytelnik-gej utożsamił się z głównym bohaterem Pawłem w jakimś aspekcie jego osobowości, na jakimś etapie rozwoju. Stąd wszechstronne pokazanie tej postaci w różnych momentach życia: jako jedenastolatka, który tuż przed przebudzeniem hormonalnym, śpiąc w łóżku z nagim ojcem, natrafia ręką na jego członek (kateksja pierwsza); jako szesnastolatka uprawiającego seks z kumplem z klasy i przyłapanego na tym przez ojca (kateksja druga), który, jak się okaże, przez całe życie ukrywał i wypierał własny homoseksualizm (kateksja trzecia), co zaowocowało całkowitym emocjonalnym, a później faktycznym odsunięciem się od syna; wreszcie jako znakomicie ustawionego trzydziestolatka, świetnie zarabiającego jako copywriter w agencji reklamowej, chodzącego do psychoterapeutki (100 zł za 45 minut), mającego w Warszawie własne mieszkanie, w którym same drzwi wejściowe kosztowały dwa i pół tysiąca, i ponad sto tysięcy na koncie, na które - jakby tego było mało - co miesiąc wpływa gigantyczne „kieszonkowe" od zamożnego tatusia, kojącego w ten sposób swoje cierpiące, tchórzowskie sumienie.

Paweł jest człowiekiem sukcesu zawodowego, wprost urodzonym dla kapitalizmu. Jednak to właśnie nie pozwala mi się z nim utożsamiać. Jest mi obcy, a nawet wrogi klasowo. Jako komunista (niegłoszący, bo moja ideologia została w Polsce zdelegalizowana), przegrany ustrojowo, wszystkich swoich kochanków i przyjaciół, wreszcie faceta-partnera-męża, z którym, jak Marcin Szczygielski z Tomaszem Raczkiem, jestem również od piętnastu lat, zawsze poszukiwałem wśród najuboższych warstw społecznych. Nigdy nie zdarzyło mi się nawiązać bodaj powierzchownego kontaktu z gejem dysponującym pieniędzmi Pawła. Nie miałbym z nim o czym rozmawiać. Ostatnie lata względnie czynnego życia towarzyskiego (1998-2001) upłynęły mi wśród bezrobotnych mieszkańców starych, sypiących się łódzkich kamienic, wśród gejów nie mających co do garnka ani co na siebie włożyć, wegetujących przy świeczkach, bo prąd dawno odcięty za niepłacenie. Co mnie i tobie, bogaczu? Chyba tylko to, że i ja zawsze wolałem naleśniki z dżemem, bo te z serem mnie „zatykały".

Znacznie bliżej mi do Michała, długoletniego przyjaciela Pawła. Michał, straciwszy pracę w szkole z powodu tak dziś niestety prawdopodobnego jak to, że trzynastoletni homoseksualny uczeń odnajduje na gejowskim portalu profil swojego nauczyciela-geja i wyznaje mu miłość; straciwszy też swojego przyjaciela Darka, z którym próbował mieszkać w Krakowie, musi wracać do rodziców do zapyziałego Zamościa, do Polski B. Jakże rozumiem jego dramat, sam wiecznie zagrożony podobną perspektywą.

A do kogo mi w tej książce najbliżej? Otóż, o paradoksie, do Anny. Tak, do tego obrzydliwego babska, sąsiadki Pawła, moherówy, „katolicy", „kościelnej kurwy" nienawidzącej pedałów, obrzucającej ich najgorszym mięchem, gotowej srać takim zboczeńcom na wycieraczki i ciąć im nożem te kurewskie luksusowe drzwi za dwa i pół patola. Bo moje miesięczne dochody bliższe są cienkiej emeryturce Anny niż wypasionej pensji burżuja Pawła. I mnie też te jego drzwi w oczy kolą i w serce dźgają. Nie mogę na nie patrzeć, a przez to i na niego. I co z tego, że obaj jesteśmy gejami, jeśli to byt określa świadomość?

To oczywiście uproszczenie tytułem żartu. O moim utożsamieniu się z Anną zadecydował wzgląd znacznie poważniejszy. Marcin Szczygielski jako jedyny spośród czynnych pisarzy, a także, przede wszystkim, publicystów, zadał sobie trud zbadania i pokazania nam struktury moheru. Przywykliśmy traktować te baby jak jakiś monolit, widzimy w nich tylko faryzejską dewocję i zaciekłą homofobię. Ba, ja sam rzuciłem kiedyś stwierdzeniem, że baby pokroju Sobeckiej nigdy nie szczytowały. Tymczasem te kobiety też były kiedyś młodymi, może nawet pięknymi dziewczynami, też miały swoje cielesne pragnienia, nieraz miały nawet intensywne życie erotyczne... tylko potem wszystko zaczęło się pieprzyć, niestety nie w sposób prowadzący do orgazmu.

Chłop wykorzystał i zostawił z nieślubnym bachorem - jak Annę. Trudy samotnego wychowywania dziecka w połączeniu z pracą zawodową, bez niczyjej pomocy i pod obstrzałem opinii sąsiedzkiej, a wszystko to w kryzysowych latach 80., gdy w sklepach były puste półki. Kto by nie zgorzkniał? Ja bym zgorzkniał. Zwłaszcza gdybym roztył się jak potwór, cycki mi się zaparzały, uda zacierały, kości rzeszotniały, nogi i miednica łamały, a córka, ta cholerna gówniara, zamiast podzięki za tyle lat trudu pokazała mi, jak dalece ma mnie w dupie, skrobiąc się, porzucając prawdziwą wiarę („pieprząc Jezusa") dla sekty i nie odwiedzając mnie nawet gdy leżę w gipsie, przykuty do łóżka, robię do basenu i - o nieoczekiwana zgrozo! - jedynym człowiekiem, na którego łaskę mogę liczyć: że poda mi przysłowiową szklankę wody, jest ten obrzydliwie bogaty pedał z naprzeciwka! O, jak głęboko rozumiem twoje wkurwienie, twoje upodlenie - Anno!

W jednej z trzech retrospekcji cofamy się do lata 1975 roku - do apogeum najspokojniejszego i najdostatniejszego pięciolecia w historii PRL (1971-1976) - by ujrzeć 32-letnią Annę i być świadkami jedynego w jej życiu romansu, którego owocem, jakże potem gorzkim, będzie ta niewdzięcznica Małgosia. Osobiście dziękuję autorowi za tak sugestywne wykreowanie atmosfery tamtej epoki, przy pomocy umiejętnie przywołanych detali (ebonitowe popielniczki, niebieska koszula non iron), tytułów czasopism z tamtych lat. To raczej nie dobra pamięć Szczygielskiego, który liczył sobie wówczas trzy latka, ale pisarski geniusz. I w tej dotykalnej wręcz scenerii, na zapleczu zakładowego bufetu - seks Krzysztofa z Anną. Czy jesteście w stanie sobie wyobrazić, że ta obrzydliwa stara moherówa była za młodu zajebista w seksie? Że podniecało ją wszystko w tym mężczyźnie, nawet zapach jego spoconych jaj i mastki spod napletka! Dawała mu nawet w czasie menstruacji, bo są faceci, co lubią ładować w krew, w rozpulchnioną skibę. Wylizywał ją jak pies, dokładnie. Tak, ta dewotka spod figury pierdoliła się kiedyś jak niezła pornogwiazdka, była gotowa nawet na niego sikać. W połowie epoki Gierka! Po lekturze „Berka", gdy będę mijał mohery zmierzające do kościoła, zanim rzucę w którąś kamieniem pogardliwej myśli, przypomnę sobie bufetową Annę.

Dziwię się, że nikt z tych, którzy zdążyli już skrytykować powieść Szczygielskiego, nie zwrócił uwagi na niezwykłą oprawę graficzną, również autorstwa multiutalentowanego pisarza. Na froncie wersji twardookładkowej widnieje Jesus as gay: doskonale umięśniony, idealnie wyrzeźbiona klata bez jednego włoska, z tatuażami i piercingiem w sutkach, widać nawet szczyt trójkąta zarostu łonowego. Czegoś takiego świątobliwy ostatnimi czasy Empik nie przyjął na swoje półki, wydawca musiał więc wypuścić dodruk, gdzie twarz Jezusa zakryta jest jakimś kosmicznym kaskiem. Okładka tylna: starsza madame w fioletowej garsonce obok „Anioła w Ameryce" - uskrzydlonego byczka z - odwrotnie niż Jezus - zajebiście owłosionym torsem. Na obu wyklejkach kolaże składające się z elementów opisujących świat geja Pawła (wyklejka przednia) i moherówy Anny (wyklejka tylna). Obie kompozycje wymagają dłuższej zadumy i budzą cały wachlarz emocji. Są w stosunku do tekstu bardzo ważnym elementem naddanym (czy też przydanym). Autor pomyślał również o wyposażeniu książki w podniecającą (przynajmniej jak dla mnie) zakładkę.

Pozostaje wyjaśnienie tajemnicy tytułu. Nie pada ono w tekście. Tę zagwozdkę autor pozostawił czytelnikom, sądzę więc, że nie wyśmieje żadnej hipotezy. Moja zakłada, że tytuł odnosi się do kompozycji utworu. Narracja pierwszoosobowa jest prowadzona dwutorowo, naprzemiennie od Pawła i od Anny. Sceny, w których występują oboje, często są relacjonowane z obu perspektyw. Niby nie nowość, a dobrze się tu sprawdza. Bohaterowie przekazują sobie pałeczkę narracji, ale to przecież nie sztafeta, bo pałeczka przejęta od Pawła przez Annę wraca do Pawła i ponownie do Anny. To raczej berek: gdy Anna dogoni Pawła, krzyczy „Berek!" i wtedy on jest goniącym - przejmuje narrację. Na mądrzejszy pomysł nie udało mi się wpaść. Gdzieś tam jeszcze kołatało mi „na kogo wypadnie, na tego bęc" - na Pawła wirus HIV, na Annę upadek ze schodów i operacja - to jednak dziecięca wyliczanka, a nie berek.

Nie tylko tytuł nie daje spokoju po zamknięciu książki. Długo pamięta się o bohaterach, nawet tych epizodycznych. Zostali pokazani tak, że zdążyliśmy się z nimi zżyć. Wreszcie normalna książka dla normalnych ludzi, a w niej normalni, zwyczajni geje, a nie jacyś internetowi pojebańcy jak u Żurawieckiego, nie jakieś gejowskie brygady i tęczowe armie, jak u Zygmunta. Ludzie z krwi i kości - a nie „performatywy" Warkockiego! I happy end, gdy Paweł i zwłaszcza Anna przełamują wzajemną niechęć - co i dobrze, bo limit tragizmu na rok bieżący wyczerpał już Pasewicz. Może po raz pierwszy w utworze napisanym przez geja nie wyczuwam tego, co u gejów irytuje swoją powszechnością: snobizmu, rozdęcia ego, silenia się na jakiś artyzm nie z tej ziemi - cech wyszydzonych w osobie ultramodnego, plastikowego, pustego jak bęben szefa Pawła - Arka. Bo nie tędy droga. Droga tędy, kędy stąpa Szczygielski. Nie pierwszy i nie ostatni raz wpadający w ucho popowy temacik wzruszy nas bardziej niż symfonia Ivesa.

Z racji przedmowy, w której wydawca książki i życiowy partner autora, Tomasz Raczek, dokonuje ich wspólnego, szybko nagłośnionego przez media coming outu, utwór ipso facto kieruje naszą uwagę w stronę osoby Tomasza Raczka, a poprzez niego, nieuchronnie i automatycznie, odżywa pamięć o nieodżałowanym Zygmuncie Kałużyńskim. Kałużyński był i pozostaje najwybitniejszym polskim krytykiem filmowym. Wybitniejszego nie ma i długo nie będzie. Jest Kapuścińskim krytyki filmowej i jej Gombrowiczem. Od pradawnych czasów, gdy „Polityka" była jeszcze wielką gazetową płachtą z rozjechanym drukiem, był dla mnie najwyższym autorytetem filmoznawczym (dorastałem w czasach, gdy jeszcze istniały autorytety, i z głodem autorytetu umrę). Dlatego drażni mnie rażące niezachowywanie proporcji, jak np. w biogramie Żurawieckiego przy ostatnim z nim wywiadzie w „Wysokich Obcasach", gdzie stwierdza się, że jest „jednym z najwybitniejszych" krytyków filmowych. Bartosz Żurawiecki jest świetnym krytykiem filmowym. I tylko tyle. Ja zaś, korzystając z niecodziennej, a może jedynej w tym życiu okazji, chcę podziękować panu Tomaszowi zawszystkie „Perły z lamusa" oraz za pieczę nad spuścizną Zygmunta Kałużyńskiego, który nauczył mnie, jak ważne są w krytyce: niepokorność, pazur, humor i nuta osobista.

Marcin Krzeszowiec 02.12.2007


gejowo logo

Berek, czyli Anioły w Warszawie

Tony Kushner napisał „Anioły w Ameryce”. Marcin Szczygielski napisał „Anioły w Warszawie”. Jeśli ktoś uzna, że to przesada, że gdzie tam lekkiej powieści do kultowej już sztuki, mogę odpowiedzieć, że widocznie każdy ma taką Amerykę, na jaką zasłużył. A podobieństw pomiędzy Kushnerem a Szczygielskim jest aż nadto.

Kushner ukazał problemy gejów żyjących w pełnej hipokryzji Ameryce rządzonej przez konserwatystów. Byli to geje odrzuceni przez społeczeństwo i samotni a na dodatek ukarani okrutną chorobą za grzeszne życie. Szczygielski opowiada o identycznych problemach, tylko w mniejszej skali, co nie sprawia jednak, że lektura jest mniej bolesna.

Myliłby się jednak każdy, kto spodziewałby się smutnej i ciężkiej lektury. O, nie! „Berek” to powieść skrząca się dowcipem, zabawna i wesoła. Czyta się ją w jeden wieczór, tak długo, aż się skończy. Szczygielski dysponuje tak lekkim językiem, że nawet przez moment czytelnik nie nudzi się. Jednocześnie jest tak sugestywny w opisach, że chwilami wydaje się, jakbyśmy znali bohaterów z naszego własnego życia.

Książka Szczygielskiego opiera się na dwóch wątkach narracyjnych: trzydziestoletniego geja Pawła i sześćdziesięcioletniej dewotki Anny. Rzeczywistość poznajemy z tych dwóch, równoległych względem siebie, perspektyw. Od połowy książki wybrane sceny autor każe nam „przeżyć” dwukrotnie – raz w postaci narracji Pawła, a raz Anny. Konsekwencją tego stało się równouprawnienie obu głosów. Autor – wbrew pozorom – wcale nie staje bowiem jednoznacznie po stronie Pawła.

„Delfiny to rekiny-geje”

Co można powiedzieć o trzydziestoletnim geju mieszkającym w dużym mieście? Że jest dobrze wykształcony, że jest inteligentny, że ma dobrą pracę, że sporo zarabia, że lubi niezobowiązujący seks, choć ciągle udaje, że szuka kogoś na stałe, że boi się wpadki w postaci odkrycia przez kogoś, że ma profil na Gayromeo, że może liczyć tylko na przyjaciół – pewnie taki jest statystyczny gej koło trzydziestki. I taki jest też Paweł.

Utożsamić się z bohaterem jest tym łatwiej, że niemal sami doświadczamy wrażeń rejestrowanych przez zmysły Pawła. Gdy wchodzi do dark roomu, by „wyrwać jakiś towar na noc”, pewnie wielu z nas poczuje zapach tego miejsca. Szczygielski w taki sposób opisuje zmysłowe doznania Pawła, że nie można uciec od reakcji własnego ciała – w końcu żaden czytelnik nie jest z kamienia…

Jednak chwilę potem, temu pobudzonemu erotycznie czytelnikowi, Szczygielski daje klapsa. Tak łatwo przecież przypomnieć sobie o tym, jak często utożsamialiśmy w swoim życiu udany seks z wielkim uczuciem. I przypominają nam się te pożegnania, niby do następnego razu, do zdzwonienia się, ale z przeczuciem, że nigdy więcej się już nie spotkamy. Ten paradoks, że „było wspaniale” ale „nigdy więcej”, Szczygielski każe nam analizować to nawet u psychoterapeuty.

Trudno uciec od poczucia, że wszyscy jesteśmy „z jednej gliny”. Dużo bowiem w „Berku” powrotów do przeżyć z dzieciństwa, wspólnych dla wielu osób tego pokolenia. Pewnie znaleźlibyśmy rzesze trzydziestolatków (nie tylko gejów zresztą), którzy wychowanie seksualne wynieśli z oglądania niemieckich pornosów – tak celnie opisanych w powieści.

Bohater rozważa wreszcie realne problemy polityczne. Kto wie, być może ma rację, gdy zastanawia się, dlaczego nie ma na prawicy przystojnych facetów. I być może pomysł z wrzuceniem do klubów gejowskich ulotek przedstawiających nagi tors Wojciecha Olejniczaka dałby więcej korzyści lewicy niż dała twarz byłego prezydenta.

Pani Anna jest w złym humorze

Takie kobiety zna każdy i każda z nas. Pełna złośliwości, zawiści i jadu kobieta w moherowym berecie. Typowa dewotka. Śmiejemy się z niej, przeczuwamy jej reakcje i słowa. Autor jednak nie pozwala, byśmy poprzestali na tym i zmusza nas do szukania przyczyn jej zachowania. Im bardziej poznajemy Annę, tym bardziej jest nam jej żal.

To osoba głęboko wierząca w wartości, którymi ją karmiono od dzieciństwa. Jeśli nawet je zdradziła w młodości, utrzymując dość perwersyjne kontakty z żonatym mężczyzną, usiłuje wszystko naprawić i wejść w gorset norm. Są one na tyle silne, że konstytuują jej słowotok – taki „strumień moherowej świadomości”.

Religia staje się dla niej nie tyle metafizyczną relacją z bóstwem, ile sposobem na wysublimowanie uczucia do mężczyzny. Gdy w czasie mszy przystępuje do komunii, przeżywa coś porównywalnego z emocjami Pawła w dark roomie. Bliski kontakt z księdzem jest dla niej przeżyciem erotycznym.

Silnie uwewnętrzniona religijność odbiera jednak czasem elementarną empatię a na pewno utrudnia zrozumienie zmieniającej się rzeczywistości. Dlatego też Anna nie potrafi zrozumieć zjawiska homoseksualizmu inaczej niż w kategoriach złego moralnie zboczenia. Ale nie potrafi też zrozumieć własnej córki, którą katuje toksyczną matczyną miłością.

W trudnej sytuacji okazuje się jednak, że jej wiara w wartość takich pojęć jak np. rodzina, jest złudna. Podczas gdy jej sąsiad może liczyć na przyjaciół, ona zostaje sama.

Równoległość światów

Marcin Szczygielski pokazuje nam rzeczywistość, w której jesteśmy skazani na akceptację równoległych sposobów życia. Ale sam fakt, że jedni oglądają „Plebanię” a inni „M jak Miłość” lub też że jedni przeżywają orgazm w dark roomie a inni w kościele, nie powinien oznaczać jeszcze wojny cywilizacji. Obie strony zbyt wiele tracą na wojnach o rację.

To, co wszystkich bowiem łączy, to strach przed samotnością. Przezwyciężyć go można zaś tylko przez porozumienie lub przynajmniej podjęcie rozmowy.

* * *

Bardzo polecam tę książkę! Łączy bowiem w sobie to, co rzadko chodzi w parze – lekkość i ciekawą treść. Można ją przeczytać w pociągu lub tuż przed snem – styl Szczygielskiego pozwala na potraktowanie jej jako „dobrego czytadła”. Ale można też zatrzymać się przy okazji jej lektury i podumać nad rzeczywistością, w której żyjemy.

A na koniec słowo do autora: panie Szczygielski, proszę o więcej takich powieści!

Krzysztof Halama (Walpurg) 14.11.2007

 

Onet CzytelniaBerek - polecam


Od daty premiery wydawniczej - czyli mniej więcej dwóch tygodni - w dobrym tonie jest znać treść książki Marcina Szczygielskiego pod tytułem "Berek". Nie chcąc odstawać od znajomych, poświęciłem część weekendu na jej przeczytanie.
"Berek", to kolejna po "Ja, czyli 66 moich miłości" Żurawieckiego, czy "Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej" Witkowskiego powieść o światku polskich gejów. Ale nie tylko. To przede wszystkim książka o poszukiwaniu szczęścia i o poczuciu pustki wykraczająca poza ciasne ramy powieści skandalizująco-obyczajowej. Autor pokazuje czytelnikowi dwie równoległe egzystencje: z jednej strony mamy Pawła - dobrze zarabiającego, przystojnego warszawskiego geja, którego dewizą jest hasło FANTA (Fuck And Never Touch Again). Po drugiej stronie korytarza mieszka Anna - typowy moherowy beret, żołnierz legionu Radia Maryja.
W przecięciu ich światów krzyżują się dwie ideologie. O ile "Początek" zawierał manifest Polaka zbuntowanego przeciwko obowiązującemu w Polsce postrzeganiu własnej narodowej, XX-wiecznej przeszłości, o tyle Szczygielski prezentuje nam z jednej strony manifest polskiego geja, a z drugiej strony manifest ideowy polskiego mohera. Mimo, iż pióro ma lekkie, sarkastyczno-szydercze, istota tych manifestów powoduje u czytelnika intelektualny niepokój i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Książka nie robiła by takiego wrażenia, gdyby nie ciekawy zabieg warsztatowy, jakim posłużył się autor. W powieści mamy dwóch narratorów: jednym z nich jest nasz bohater pozytywny - Paweł, a drugim czarny charakter opowieści - moherzyca Anna. Dzięki temu Szczygielski uzyskał efekt lekkości z jaką przekuł w słowo świat przeżyć, odczuć i uczuć przedstawicieli tych dwóch przeciwstawnych sobie światów. Z narracją trzecioosobową, lub tradycyjną jednoosobową, powieść ustraciła by swój zbliżony do pamiętnika charakter, a przez to postrzerzenia dwójki głównych bohaterów nie mogły by być zaprezentowane z taką realnością i wymownością. Nie było by sposobu, na interesujące wskazanie na odmienność między głoszonymi przez Annę hasłami, a światem jej przemyśleń.

Napisałem, że to powieść o poszukiwaniu szczęścia i pustce. Bo mimo pozornych przeciwieństw, bohaterów nadspodziewanie wiele łaczy. Paweł szuka swojej wielkiej miłości w ciemnych zakamarkach gejowskich klubów. Anna szuka szczęścia w zapachu kadzidła unoszącego się w Kościele, podkochując się w księdzu. Oboje są sami: przyjaźnie Pawła oparte są w zasadzie wyłącznie na seksie, Anny na plotkach z koleżanką-dewotką. Anna nie chce, nie potrafi dostrzec, że narzucając swój światopogląd córce powoduje, że również zostaje sama. W stosunku do obojga bohaterów odnieść można treść wypowiedzi kolegi Pawła: "Jeżeli pojawi się ktoś, kto będzie chciał iść przy tobie, a ty przy nim, wtedy wasze drogi będą biec równolegle przez jakiś czas. Niekiedy nawet długi. Ale ostatecznie można polegać tylko na sobie".

Ani jeden, ani drugi bohater nie potrafi znaleść ścieżki ku szczęściu. Rozwiązaniem okazuje się odnalezienie "złotego środka" - odrzucenie stereotypów i dostrzeżenie człowieka w człowieku. Czy może, po kantowsku rzecz ujmując, dostrzeżenie osoby ludzkiej w istocie ludzkiej. I chociaż zakończenie jest najsłabszą częścią powieści (jest dość banalne i w gruncie rzeczy nierealistyczne), nie rozczarowuje. Któż bowiem powiedział, że powieść o konfrontacji geja i mohera musi zakończyć się rozlewem krwi?
Polecam. Warto ją przeczytać.

Bartosz Wojda 2007-08-07

 

PRWPowieść Marcina Szczygielskiego to kolejna pozycja promowana jako literatura gejowska. Po "Lubiewie" Witkowskiego taka etykieta uważana jest za trafny chwyt reklamowy, choć nie wierzę, by samym autorom szuflada gejowska wystarczała. Szczygielski powinien się obruszyć, bo zdolny z niego pisarz, potrafi zająć uwagę każdego czytelnika (i czytelniczki), czego dowód w postaci "Berka" można poznać.
Sytuacja wyjściowa wydaje się akrobatycznie ryzykowna. Dwoje bohaterów żyje w końcu w skrajnie odmiennych światach. Moherowej jędzy w sześćdziesiątej dekadzie daleko do trzydziestoletniego geja. Od początku konflikt buzuje, oboje zachowują się jak przedszkolaki, uprzykrzając sobie sąsiedztwo. Stopniowo wchodzimy w ich myśli, pogłębiamy wiedzę o tym, co ukształtowało aktualne postawy. Jego wychował samotny ojciec, ukrywający własną orientację, ona bez męża, zaborczo i toksycznie wychowała córkę-anorektyczkę. Anna przepracowała życie jako bufetowa, po przejściu na emeryturę chadza głównie do kościoła i kłóci się w sklepie. Paweł jest copywrighterem w agencji reklamowej, typowym wielkomiejskim liberałem, już od wieku dojrzewania świadomym homoseksulistą. Perspektywy postaci poznajemy poprzez pierwszosobowe narracje, pojawiające się w powieści na zasadzie berka. I tak do końca, który będzie pewnie zaskoczeniem. Gdy jednak powiem Państwu, że "Berek" to komedia romantyczna z oryginalną obsadą i ostrymi scenami, całość okaże się prostsza i przystępniejsza, a happy end spodziewany.
Obok portretów głównych bohaterów mamy interesujące, choć tylko zarysowane epizody oraz trochę niepoprawnych politycznie dialogów. Oczywiście, niepoprawność zależy od kontekstu i towarzystwa umieszczenia tej czy innej uwagi. Wymiana opinii o fizycznej atrakcyjności wpływowych polityków, wyrażana przez gejowskich wyborców, może rozbawić lub zbulwersować. Zależnie od odbiorcy. I właśnie to, kto oprócz gejów przeczyta książkę Szczygielskiego stanowi dla mnie najbardziej fascynującą zagadkę. Jakoś trudno mi uwierzyć, że będą to słuchaczki Radia Maryja, a one mogłyby z historii Anny wyciągnąć społecznie najpożyteczniejszą naukę. Jeśli nie one, to kto? Warto by na takie pytanie odpowiedzieć za jakiś czas, potwierdzając lub weryfikując wiedzę na temat homofobii części Polaków. Literacko "Bereka" można polecić wszystkim, z powodu kilku stron wprowadzając pewne ograniczenia wiekowe.
Rynkowy los tej w gruncie rzeczy familijnej opowieści powinien nam leżeć na sercu, bo trudno u nas ostatnio o literaturę nienachalnie, niepublicystycznie propagującą wspólnotowy kierunek obywatelskiego życia. Propozycja Szczygielskiego wpisuje się w tradycję szlachetnych książek z misją, wychodzi w odpowiednim momencie publicznej debaty, poparta wyznaniem (gejowskim coming outem) Tomasza Raczka, wydawcy i partnera autora. W intencjach i klimacie przypomina wydane w latach 90. "Tabu" Kingi Dunin o polskich przemianach feministycznych. Dunin napisała potem gorzką kontynuację, zatytułowaną "Obciach". Mam nadzieję, iż "Berek" nie doczeka swojego sequela. Nie będzie go potrzebował.

Grzegorz Chojnowski 10.12.2007

 

 

Inna Strona

MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY

Kiedy swego czasu przeglądałem recenzje książek potencjalnie homoseksualnych z lat 90. XX wieku, nadzwyczaj często pojawiał się tam pewien motyw. Recenzent mianowicie konstatował ze zrozumieniem, że homoseksualny bohater tak interesująco cierpi, tak fascynująco wadzi się z Bogiem, tak spektakularnie spada na społeczne dno, tak głęboko przeżywa sztukę, tak neurotycznie nienawidzi siebie... Oczywiście nie wszystko naraz, pewne wybory się wykluczają, ale recenzent wszystkie je przyjmował ze zrozumieniem. I gdzieś na końcu, po tym zrozumieniu, padało, wypowiadane z ulgą: na szczęście to nie jest gejowski harlekin. Nie do końca rozumiałem w czym problem. Heteroseksualnych harlekinów są tysiące i świat stoi na swoim miejscu. Nie wspominając o tym, że nasz wirtualny recenzent bał się czegoś, czego w polskiej literaturze jako żywo nie było. Ale teraz już jest. Oto przed państwem Berek Mariusza Szczygielskiego. Harlekin jak się patrzy. Perfekcyjnie został tu zrealizowany romansowy schemat. Zazwyczaj jest bowiem tak, że na drodze życiowej romansowej bohaterki staje dwóch mężczyzn. Jeden fascynujący, tajemniczy i jeżdżący na harleyu, a drugi nieco ciapowaty, nieinteresujący i noszący niemodną koszulę w kratę. Bohaterka popełnia błąd angażując się emocjonalnie w tego pierwszego, ale koniec końców przychodzi po rozum do głowy i zrozumie, że kochała zawsze tego drugiego, który jest prawdziwym oparciem, no i niezłym kandydatem na męża.
W Berku jest tak samo. Paweł, główny bohater, jest nieszczęśliwy, nic nie może go wyleczyć z "codziennej depresji, braku miłości opresji" (jak pisze Dorota Masłowska w Pawiu królowej, skądinąd najlepszej opowieści gejowskiej ostatnich lat). Mimo że chłopak i młody, i przystojny, i bogaty, i w ogóle fajowy. W roli kochanka ekscytującego acz nierokującego występuje bohater zbiorowy: różni przygodni kolesie poznawani w klubach, z którymi znajomość nigdy nie trwa dłużej niż do śniadania nazajutrz. Bohater ów jest nie tylko ekscytujący, ale wręcz demoniczny, bo w jednym ze swych wcieleń zarazi naszego Pawła wirusem HIV.
Ale spokojnie, wszystko będzie ok, bo już na pierwszych stronach pojawia się Mężczyzna Właściwy. Oczywiście bohater nie od razu rozpoznaje, że to właśnie Mr. Perfect, ale czytelnik nie ma najmniejszych wątpliwości. Nie można się pomylić. Jak przystało na Mężczyznę Właściwego - postawny, pierś kosmata, no i porządny fach w ręku (czyli albo prawnik, albo lekarz, tu akurat lekarz). Miłość nie może jednak zatriumfować tak od razu, bijąca po oczach głupota Pawła nie pozwoli mu na zauważenie prawdziwych wartości. Na szczęście miłość sprzyja zakochanym i całym wszechświat, pasjonująca ilość przypadków oraz terapeutka łamiąca etykę zawodową zrobią wszystko, by zakochanych połączyć. I tu dzieje się coś zastanawiającego, co jednak mieści się w schemacie harlekinowym. Otóż prawdziwa miłość wyklucza seks (nie wiem dlaczego, może już tak jest urządzony świat). Szczegółowe opisy seksualnych zbliżeń z początkowej części książki (z mężczyznami fascynującymi acz niewłaściwymi) nie znajdą swego odpowiednika gdy Mężczyzna Właściwy zagości w sercu i łóżku Pawła. Zamiast soft porno czytelnikowi zaoferowany zostanie opis - nie, nie kolacji przy świecach, lecz śniadania na tarasie. To zapewne taki symbol tego, że próba pierwszego śniadania, ostatecznie zakończyła się pomyślnie. Miłość jednak uzdrawia nie tylko Pawła, lecz również jego głównego wroga, panią Annę, wielbicielkę moherowej garderoby. Skądinąd trudno nie zauważyć, że to wróg nazbyt łatwo skonstruowany, zbyt oczywisty, gazetowy. Gdyby rzeczonym "wrogiem" była porządna mieszczańska rodzina heteroseksualna, która nawet toleruje, zwłaszcza że jest nowoczesna i pracuje w telewizji, no ale jednak jakoś nie przepada za promocją homoseksualizmu - o ileż wszystko by się pokomplikowało. Ale pokomplikować się nie może, bo jesteśmy w harlekinie. Tu rządzi miłość, która ogarnia wszystko i wszystkich, sprowadzi na właściwą drogę, rozwiąże wszelkie problemy, unieważni wszelkie konflikty. Tak dalece, że jedna z bohaterek zacznie wręcz dosłownie fruwać na skrzydłach miłości, by móc docelowo pojednać się z matką. Będzie happy end. Świat stanie się dobry, piękny, sensowny i ciepły.
Berek, jak słyszę, znajduje odbiorców, sprzedaje się świetnie. Nie mam nic przeciwko. Wszystkim zauroczonym czytelnikom i czytelniczkom polecam jednak pod rozwagę - jak na zatroskanego recenzenta przystało - myśl Ann Snitow: "Świat, w którym harlekiny mogą jawić się jako ciepłe, jest doprawdy zimnym miejscem".

Błażej Warkocki

Prostując niektóre błędy Błażeja Warkockiego:

- nie nazywam się Mariusz, tylko Marcin

- Paweł z Wojtkiem nie jedli na tarasie śniadania, tylko kolację i nie po seksie, ale przed.

- Paweł jest jednym z dwojga narratorów książki, którą napisałem tak, aby czytający musiał przyglądać się sytuacji raz z punktu widzenia Pawła, a raz Anny. Przeskakiwanie podczas czytania partii Anny i analizowanie wyłącznie fragmentów narracji Pawła prowadzi do fałszywego obrazu książki, a tym samym - do błędnych wniosków.