Berek Marcin Szczygielski Instytut Wydawniczy Latarnik

[2007-12-18]

Pre Merry Christmas

Duch Przyszłych Świąt Bożego Narodzenia już straszy. Przedsmak grozy poczuliśmy dziś.
Od bladego świtu miotałem się z aparatem robiąc zdjęcia do mojomieszkaniowego "Poszukiwacza skarbów" - numer musi pojechać do drukarni w piątek, ale tego dnia zdecydowanie wolę nie wybierać się do Warszawy, bo będzie piekło. Ja to wiem i Wam to mówię! Prorokuję, że droga samochodem ze Śródmieścia na Żoliborz zajmie średnio dwie godziny - minimum. Parę lat temu w przedświąteczny piątek wracałem z pracy do domu (Mokotów - Grabina) 6 godzin. Po pierwszych trzech byłem gotów drzeć tapicerkę w aucie zębami, po pięciu zamieniłem się w samochodowego zombie, a w jaki sposób ostatecznie do domu dotarłem nie pamiętam. Nie mam ochoty tego powtarzać
Założyłem więc sobie, że dziś wykonam plan i nie tylko zrobię wszystkie zdjęcia, ale i napiszę wszystkie teksty, a potem złamię rubrykę w redakcji. Taki był plan i go wykonałem, aczkolwiek z niemałym trudem, bo po drodze musieliśmy uporać się z Pojedynkiem Matek.
Zupełnie nieświadomie sam go zainicjowałem. Moja mama przyjeżdża do nas na święta ze Szczecina w piątek. Mama Tomka miała być przywieziona w dzien Wigilii na dwie doby. Gościnnie wystąpi mój ojciec, bez noclegu. Wszystko było zaplanowane, ale zgubił mnie mój długi ozór. W sobotę, podczas rodzinnego obiadu u mamy Tomka chlapnąłem niechcący, że moja przyjeżdża w piątek. Na efekt nie czekaliśmy długo - mama Tomka oznajmiła, że odczuwa gwałtowną potrzebę przyjechania do nas już w sobotę. Plan nie do przyjęcia z kilku różnych względów, które przemilczę oraz jednego najistotniejszego. Co prawda mieszkamy w domu, a nie w mieszkaniu, ale po pierwsze dom jest mały, a po drugie - tak zaprojektowany, że ma tylko jedną dodatkową sypialnię. Z jednym łóżkiem. Mama Tomka chce spać na kanapie w salonie. Super! Tyle tylko, że salon połaczony jest z przedpokojem, klatką schodową i kuchnią. Mama Tomka kładzie się spać o 22.00, a wstaje o 9.00 - w związku z tym parter zostaje wyłączony na 11 godzin. Nie ma mowy, żeby zejść i wziąć sobie choćby szklankę wody - no chyba, że zrobi się to w absolutnych ciemnościach, po omacku, starając tłumić odgłosy potykania się i przewracania o psy i kota, rojące się pod nogami. W dodatku do gościnnego pokoju, wchodzi się także niejako z salonu. Moja mama kładzie się spać o 21.00, a wstaje o 6.00. Już ja ją znam, wiem jak by to wyglądało - wstałaby, pościeliła łóżko, a potem siedziała w tym maleńkim pokoiku nasłuchując, czy może już wyjść, czy jeszcze nie. Bo sama nie wyjdzie, nie ma mowy - jeszcze by, nie daj Boże, mamę Tomka obudziła, a to by był w jej pojęciu koniec świata. W ogóle miewa czasami tedencję do dramatyzowania
Na przykład w zeszłym roku - na święta jechaliśmy we dwoje do Łukęcina. Umówiłem się, że przyjadę dwa dni przed Wigilią. W ostatniej chwili wypadły mi dodatkowe zdjęcia dla TVNu, zadzwoniłem, żeby powiedzieć, że przyjadę dzień później. "No" - mówi na to moja mama - "to ja nie wiem czy to w ogóle sens choinkę ubierać w takiej sytuacji". Choinkę! A choinkę w naszym domu ubierało się w dzień Wigilii, a już w pierwszy dzień świąt mama chodziła dokoła niej i zaczynała kombinować, od której strony by rozpocząć rozbieranie. No,mówię, nie dramatyzujmy, choinkę się ubierze, jakoś to będzie. Dojechałem, choinka stanęła. Wigilia, godzina 15.00 - do kolacji jeszcze co najmniej dwie albo trzy godziny. W dodatku jesteśmy tylko my dwoje, bo Tomek musiał zostać w W-wie ze swoją matką. Dwie godziny zapasu, luz. Nikt nic nie musi. Ale już widzę, że zaczyna cała chodzić. Kręci się po domu, wali garnkami. "Co - pytam grzecznie - mamusiu się dzieje?". Na to moja matka - rozumiecie, dopiero minęła 15.00 - staje na środku kuchni i mówi: "no, ja nie wiem jak to będzie z tą Wigilią. Jak ty tego śledzia nie zrobisz, to chyba sobie darujemy." Popatrzyłem tylko i nic nie powiedziałem. Bo ile my we dwoje możemy śledzia zjeść? Dwa płaty, no może trzy. A ile się go przygotowuje? 5 minut góra i to w trybie slow motion. Ale nie dyskutowałem, tylko się zabrałem za siekanie cebuli
Dzwonię zatem do niej i mówię, że mama Tomka przyjedzie już w sobotę. Moja mama na to, że ją brzuch rozbolał. Dzwoni za pół godziny, ton żałobny, lekko hiperwentylowany. Ona w takim razie będzie mieszkała w Warszawie na Wilczej. Na Wilczej! W pustym mieszkaniu, w którym nie ma nawet telewizora i czajnika. A ja będę kursował Grabina - Śródmieście w tę i nazad siedemdziesiąt razy dziennie. Odetchnąłem głeboko, zabrałem się za wyszukiwanie informacji o wytwórni Crown Devon, której figurkę opisywałem akurat w "Poszukiwaczu". Wyszukałem, a następnie poprosiłem Tomka, żeby uprzejmie poprosił swoją mamę, żeby jednak nie zmieniała planów i przyjechała dopiero w Wigilię. Tomek najbardziej w życiu boi się dwóch rzeczy: przeziębienia i swojej matki, wiedziałem więc, że prośba to nie byle jaka. Ale byłem już nieco zdesperowany. Okazało się jednak, że Tomcio też już nieco zaczął desperować pod wpływem wizji nadchodzących dni w tak ścisłym i ściśniętym gronie rodzinnym, i ruszył do boju. Po kilku następnych telefonach Grabina-Warszawa i Grabina-Szczecin sprawa została na razie załatwiona pomyślnie. Ale co przyniesie jutrzejszy dzień, nie mam pojęcia. Bo Duch Bożego Narodzenia czuwa.

+ komentarze (5)

[2007-12-13]

Witajcie

Nie wiem, czy ten blog będzie dziennikiem - na razie nie sądzę, abym miał tyle inwencji i czasu, aby codziennie opisywać swoje przeżycia wewnętrzne i zewnętrze. Ale być może się wciągnę :) Tym bardziej, że dzieje się w moim i naszym – czyli szczygielskoraczkowym – życiu teraz tak dużo, że chwilowo nie będę raczej miał kłopotów z poszukiwaniem tematów i z pewnością nie będę musiał zamieszczać wpisów w rodzaju: „a dziś jadłem...”.

A dziś jadłem... Nie, no właściwie jeszcze nie jadłem! Rano wyskoczyłem z domu jak z procy i popędziłem do Superstacji do porannego programu Justyny. Tym razem nie jako autor „Berka”, ale specjalista od taniego świątecznego żywienia. Wydanie „Kuchni na ciężkie czasy” kilka lat temu – wbrew temu co twierdził Tomek – było dobrym pomysłem, bo dzięki tej książeczce spotykają mnie same dobre rzeczy. Dzięki „Kuchni” trafiłem do Endemola i „Pokojowych rewolucji”, dzięki „Kuchni” poznałem mnóstwo ciekawych ludzi. Program był fajny, usiłowałem na gorąco wyliczyć świąteczny budżet minimum dla cztero osobowej rodziny. Ale w pewnym momencie przestało być zabawnie. Zadzwoniła jedna z telewidzek i zapytała spokojnym, chłodnym tonem jakie menu moglibyśmy jej doradzić na święta w sytuacji, gdy ma na utrzymaniu niepełnosprawnego syna i 470 zł renty miesięcznie. Każda ewentualna propozycja – nawet ograniczająca się do naleśników z kapustą – wydawała mi się śmieszna. Co mogłem jej doradzić? Już same życzenia Wesołych Świąt brzmiały jak czysta złośliwość w tej sytuacji.

Później - celem odstresowania – wybrałem się Koło. To jeden z moich licznych nałogów, zdecydowanie najsilniejszy. Koło musi być - niezależnie od pogody. Czynię bezustanne wysiłki aby używkę ograniczyć, lecz bezskutecznie. Obserwowanie tych ludzi, patrzenie na ich stragany pełne cudzych pamiątek i wspomnień, jest dla mnie jak narkotyk. Strzępy, odpryski, pamiątki, fotografie czasu, którego nie ma - wszystko co zostaje. Lubię oglądać się za siebie, lubię dotykać tych rzeczy, czuć ich zapach, fakturę. Czasami wybieram coś, co do mnie trafia, co nasuwa skojarzenia, otwiera scieżki wyobraźni. Zanoszę je do domu, ustawiam, wieszam, czasami zamykam się z nimi w pracowni – odnawiam, pieczołowicie przywracam im ich dawny kształt, kolor, likwiduję uszkodzenia. Wracają – lubię to uczucie. Dziś nie znalazłem nic takiego. Trafiłem tylko doskonały obrus na świąteczny stół – powinienem już zacząć planować święta, bo w tym roku urządzamy je u nas.

„Berek” sprzedaje się świetnie, lepiej od „PL-BOYa”, który był do tej pory największym moim komercyjnym sukcesem. Piszę komercyjnym, bo zdecydowanie bardziej lubię moje następne książki, choćby „Farfocle”. Myślę o tych, którzy poznają teraz dzieje Pawła i Anny i cieszę się. Bo „Berek” jest dla mnie najważneijszą książką, jaką do tej pory napisałem – zdecydowanie najbardziej osobistą. Żadnej wcześniejszej nie napisałem w takim tempie i z żadną nie byłem tak mocno związny, jak z tą. Dlatego fakt, że do tej pory „rozeszło” się już 7 tysięcy egzemplarzy sprawia, że skaczę z radości. Wcale nie ze względu na wynik finansowy - choć byłbym skończonym hipokrytą twierdząc, że na to w ogóle nie zwracam uwagi, w końcu Latarnik jest naszą firmą i podstawowym źródłem utrzymania – ale przede wszystkim ze względu na to, że do tylu z Was dotrze to, co chciałem Wam przekazać. Zawsze wierzyłem w ksiąźki, które poprawiają świat – „Berek” taki jest. Fakt, że dociera do tylu czytelników sprawia, że jestem dumny – zdaję sobie sprawę, że wpływ mojej książki na naszą rzeczywistość jest znikomy, że gdyby go liczyć w procentach, pewnie zaczynałby się od którejś pozycji po przecinku. Ale ten wpływ – choćby nawet niewielki – istnieje.

+ komentarze (9)

wpisy 6 - 7 z 7

« poprzednie[1][2] następne »