[2008-01-10]
Noworoczna opowieść (nieśmieszna)
Jakiś tydzień, może półtora, przed świętami robiłem zakupy w Carrefourze na Targówku. Nie cierpię centrów handlowych i nienawidzę hipermarketów, ale tylko tam można dostać nożyki do golenia Wilkinsona, więc zacisnąłem zęby i ruszyłem w stronę wejścia. Było już po południu, słońce dawno zaszło. Kiedy mijałem wiatę z wózkami, podszedł do mnie chłopak.
- Proszę pana, ja nie chcę pieniędzy - powiedział na wstępie. – Chciałem zapytać, czy kupiłby mi pan może coś do jedzenia?
Zwykle w takich sytuacjach odchodzę albo daję takiemu delikwentowi złotówkę (choć wiem, wiem, że nie powinno się tego robić). Ale tym razem się zawahałem. Chłopak sprawiał wrażenie lekko przestraszonego, pokornego. Blondyn z długimi włosami i niezbyt gęstą jasną bródką. Taki szwedzki Dartagne. Przystojny i sympatyczny. Czy dlatego właśnie się zatrzymałem? Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie. Ale nie tylko dlatego. Zamieniłem z nim dwa słowa, wyciągnąłem portfel i dałem mu banknot.
- Tyle pieniędzy! Pan żartuje! - wytrzeszczył na mnie oczy.
Uśmiechnąłem się z zażenowaniem i już miałem się odwrócić by ruszyć do wejścia, kiedy lekko dotknął mojego ramienia.
- Ja szukam pracy, jestem bezdomny. Wezmę każdą pracę. Gdyby pan coś wiedział, słyszał... Mam telefon.
Popatrzyłem na niego przez krótką chwilę.
- Dobrze. Nic nie mogę obiecać, ale się dowiem.
Zapisałem numer. Powiedział, że ma na imię Marcin, pracował jako glazurnik, ale może pracować przy remontach, rozbiórkach, sprzątać.
- Zadzwonię - obiecałem, choć wcale nie byłem tego taki pewien.
Zrobiłem zakupy, odstałem kilometrową kolejkę do kasy i wróciłem do auta. Rozglądałem się po drodze, czy nie dojrzę gdzieś tego chłopaka, ale go nie było. W drodze do domu zastanawiałem się nad nim. Jak to możliwe, żeby taki sympatyczny, przystojny chłopak, który potrafi jasno składać zdania ładnym językiem, jest bezdomny i nie ma pracy? Co się za tym kryje - biorąc pod uwagę, że teraz czeka się na ekipę remontową miesiącami, a każda złota rączka jest na wagę platyny? Zadzwoniłem do mojej przyjaciółki Magdy, czyli Megi (dla wtajemniczonych - wystąpiła w dwóch moich książkach :) i opowiedziałem jej o całej sytuacji. Uzgodniliśmy, że na drugi dzień przyjedziemy do Carrefoura razem, pogadamy z Marcinem i jeśli Megi oceni go pozytywnie, spróbujemy załatwić mu jakąś pracę. Później przypomniało mi się, że mój przyjaciel Leszek jest u progu remontu kawalerki, ma kłopot z ekipą, a zanim ekipa wkroczy, należy mieszkanie oprónić, zerwać podłogi i skuć kafle w łazience i kuchni. Zadzwoniłem więc do Leszka, opowiedziałem mu o całej sytuacji. Uzgodniliśmy, że jeśli Megi uzna, że facet jest wiarygodny, Leszek zaproponuje mu robotę. Jak widzicie Megi ma spory autorytet :)
Na drugi dzień - była to sobota - o trzynastej spotkaliśmy się z Marcinem. Zabraliśmy go na obiad do Sfinxa i przystąpiliśmy do śledztwa. Chłopak od czwartego roku życia był w domu dziecka. Na osiemnastkę dostał kawalerkę. Mieszkał w niej przez jakiś czas, właśnie wtedy zajmował się układaniem kafelków. Później poznał dziewczynę, zamieszkał z nią w domu jej rodziców w Wołominie i zaczął pracować w masarni należącej do przyszłego teścia. W jego kawalerce zamieszkała jego przyrodnia siostra z trójką dzieci. Trwało to przez trzy lata - tuż przed planowanym ślubem coś się posypało i Marcin musiał wrócić do siebie. Wykwaterował siostrę, ale wtedy okazało się, że przez ten cały czas nie płaciła czynszu. Zaległości były spore - około siedmiu tysięcy. Żeby mieszkania nie stracić, Marcin kawalerkę wynajął, spłacił długi i do marca nie może do niej wrócić. Mieszkał przez jakiś czas u dalekiej rodziny, później u znajomych. Potem się to skończyło i wylądował na klatce schodowej. Śpi tam, a całe dnie spędza pod Carrefourem na Targówku, albo pod Ikeą, gdzie może podładować baterię w telefonie i napić się za darmo kawy. Miał w tym czasie kilka krótkoterminowych robót - rozładowywał furgonetki pod Castoramą, kosil trawniki, porządkował komuś garaż, odmalował piwnicę. Megi obserwowała go uważnie przez cały czas, zadała kilka pytań. Po obiedzie pożegnaliśmy chłopaka i wsiedliśmy do samochodu.
- I co myślisz? - zapytałem.
- Wiarygodny. Wszystko trzyma się kupy - powiedziała. - Nie rozumiem tylko dlaczego taki ładny, niegłupi chłopak jest w takiej chorej sytuacji. Zadzwonię do znajomego, który ma firmę, może coś się znajdzie.
Dwa dni później umówiłem Marcina z Leszkiem, zgarnąłem go z parkingu pod Carrefourem i zawiozłem na Marszałkowską, żeby obejrzał kawalerkę i pogadał z gospodarzem. Marcin rzucil okiem na mieszkanie, Leszek rzucił okiem na Marcina, obaj podjęli decyzję i ku memu lekkiemu przerażniu Leszek od razu wręczył Marcinowi klucz do mieszkania.
- Jak chcesz możesz tu spać - powiedział.
Postukałem go w ramię i poprosiłem, żeby wyszedł ze mną na korytarz. Jego drugie mieszkanie - to, w którym mieszka - jest na tym samym piętrze, drzwi obok.
- Lesiu, zwariowałeś! Nic o nim nie wiemy!
- A co on tu może? Dałem mu tylko klucz spod klamki, kawalerka jest pusta. Jeśli coś będzie nie tak, po prostu zamknę drzwi na drugi zamek i do widzenia.
- Ale błagam cię, zabierzmy stamtąd przynajmniej rower!
Wyprowadziliśmy rower, wynieśliśmy krzesła, jakieś drobiazgi. Kawalerka była prawie całkiem pusta, Leszek przyniósł Marcinowi materac do spania.
- No, to uciekam - powiedziałem.
- Wyjdę z tobą - Marcin ruszył w stronę wejścia. - Pojadę do Carrefoura, może coś zarobię (zarobię!), kupię sobie kartę do telefonu i wrócę.
Zatrzymałem się w pół drogi i odwróciłem do niego.
- Stary, jeśli masz tu pracować, to zacznij od razu. Pojedziesz do Carrefoura, będziesz się tam szwendał pół dnia, później będzie za późno, nie przyjedziesz dziś, itd, itp. Po prostu bierz się do roboty! A jeśli potrzebujesz kilka złotych, Leszek ci da zaliczkę na coś do żarcia, na papierosy i telefon. OK?
Został. Pojechałem do redakcji. Kiedy już dotarłem na miejsce złe przeczucia, kiełkujące powolutku przez drogę, rozkwitły w pełni. Wyciągnąłem komórkę.
– Lesiu, tylko ja cię błagam, nie wpuszczaj go do swojego mieszkania! - zacząłem bez wstępów. - Rozmawiaj z nim w tym drugim mieszkaniu, albo na korytarzu. Co on robi? Czy coś robi w ogóle?
- Robi. Wali w ścianę, słyszę go, wyluzuj.
Zabrałem się za obróbkę makiet i planowanie następnego numeru. Godzinę później zadzwoniłem jeszcze raz, potem znowu i znowu. Kiedy zadzwoniłem pod wieczór, Leszek się wkurzył.
- Chłopie, mówiłem ci, żebyś wyluzował! Co on mi może zrobić? Jestem większy i silniejszy. Łom mam mu kupić dopiero jutro.
No, dobrze - wyluzowałem. Wieczorem Marcin wyszedł, wrócił dwie godziny później. Następnego dnia rano powiedział Leszkowi, że musi coś pojechać załatwić i wróci koło południa. Leszek zajął się swoimi sprawami, do domu dotarł koło czwartej. Marcina nie było. Lesio się wkurzył, zadzwonił do niego. Chłopak nie odebrał. Godzinę później przyszedł sms - Leszek przesłał mi go, skasowałem później tę wiadomość, zacytuję więc z pamięci:
"Leszek, jestem zajebanym narkomanem. Kiedy nie biorę dostaję dreszczy, mam problemy z sercem. Najgorszy kac to przy tym nic. Przepraszam was obu za to, że tak się zachowałem. Nie jestem złym człowiekiem, ale nie potrafię sobie z tym poradzić sam".
Kropka. Zrobiło mi się głupio, że okazałem się taki naiwny. Ale to nie koniec. Godzinę później Leszek zadzwonił do mnie i mówi:
- Słuchaj, podpierdolił farby!
- O, Jezu... I co jeszcze?
- Nic. Tylko farby.
Farby były nowiutkie, opakowania rzeczywiście efektownie wyglądały. Podejrzewam, że Leszek zapłacil za nie słono.
- Całe szczęście, że wziął tylko farby. Swoją drogę niezłą musi mieć krzepę - ważyły tonę. Ale ja tu jeszcze mu zostawiłem wiertarkę, szlifierkę, jakeiś narzędzia - połowa pożyczona. Dzięki Bogu, że tego nie wziął!
- Przepraszam cię... - zacząłem, ale przerwał mi w pół słowa:
- Za co ty mnie przepraszasz? Przecież dobrze wiedziałem jaka jest sytuacja! Wiesz co, chcę mu pomóc.
Pogadaliśmy chwilę i uzgodniliśmy, że trzeba spróbować. Podzieliliśmy się tak, że ja akcję sponsoruję, a Leszek realizuje. I Leszek przystąpił do akcji.
Zadzwonił do Marcina i zapytał go, czy on naprawdę chce z tego wyjść. Powiedział, że tak. Na drugi dzień umówili się pod urzędem na Pradze Północ (Marcin jest zameldowany na Targówku). Nie mam pojęcia jak Leszkowi udało się to wszystko, ale w ciągu dwóch dni załatwił zaświadczenie o zagubieniu dowodu osobistego (Marcin twierdził, że mu go ukradziono w noclegowni, ale prawdopodobnie dowód po prostu sprzedał). Z zaświadczeniem udali się do urzędu pracy i zarejestrowali Marcina jako bezrobotnego, dzięki czemu dostał ZUS. Z odpowiednim papierkiem poszli do lekarza, który po krótkim boju dał skierowanie na detoks w psychiatryku pod Radomiem. Pózniej pojechali do Monaru, udało się załatwić miejsce dla Marcina w ośrodku w Opolu, aby mógł tam pojechać na terapię po wyjściu ze szpitala. Na trzeci dzień rano Leszek pozbierał wśród znajomych trochę czystych ubrań, zapakował Marcina do auta i zawiózł do Radomia. Zaprowadzil do rejestracji, przypilnował przyjęcia na oddział i wrócił do Warszwy. Marcin był na detoksie przez całe święta, wypisali go tuż przed Sylwestrem. Poza jednym drobnym incydentem w szpitalu nie sprawaiał kłopotów, grzecznie brał leki i grzecznie nie ćpał. Po wypisie, Leszsek wsiadł w samochód, ruszył do Radomia, żeby Marcina zawieźć do Opola. I tu następuje kres historii. Marcin czekał pod szpitalem - czysty, schludnie ubrany i trzeźwy. Ale do Opola nie chciał jechać. Powiedział, że musi natychmiast wrócić do Warszawy, bo jest komuś winny pieniądze i musi je natychmiast oddać. Leszek zaproponował, że on albo ja oddamy tę kasę, ale nie było szans nawet na dyskusję. Marcin dobrze wiedzial, czego chce. A chciał oczywiście jednego - kolejnej działki, parkingu pod Carrefourem i spania na klatce schodowej. Leszek powiedział mu, że jeśli chce wracać, niech wraca sam pociągiem. Wsiadł do samochodu i wieczorem dotarł do domu. Był zdruzgotany. Ale ja nie. Długo o tym rozmawialiśmy. Leszek odebrał całą sprawę w kategoriach osobistej porażki. Ale przecież zrobił więcej dla tego chłopaka, niż prawdopodobnie ktokolwiek inny przez całe jego życie. Mnie nie kosztowało to aż tak dużo - poza pieniędzmi. Dla Leszka wizyta w Monarze, na oddziale detoksu w radomskim psychiatryku, kilugodzinna podróż autem ze śmierdzącym chłopakiem - to było coś więcej niż tylko czas i wysiłek. Myślę, że to było dla niego zderzenie z rzeczywistością, o której istnieniu zapomniał, a być może nigdy tak naprawdę nawet o niej nie myślał. Uznał, że jeśli uda mu się pomóc Marcinowi i dać mu szansę normalnego życia, jeśli tamten z niej skorzysta, wróci na prostą i zacznie żyć... hm... tak jak my - tak będzie najlepiej. Że w ten sposób on sam, Leszek, odniesie sukces, udowodni sobie coś; coś osiągnie - coś naprawdę ważnego. Ale ja myślę, że każdy ma prawo do wybrania sobie swojej własnej drogi. Być może Marcin - po tych niecałych dwóch tygodniach niećpania, trzeźwego umysłu, spania w czystym, ciepłym łóżku, regularnych posiłkach, telewizji, kubkach, szklankach, talerzach, ręcznikach, prześcieradłach, kapciach, czystej desce sedesowej, na której można bez obaw usiąść - być może po tym wszystkim uznał, że to mu nie odpowiada. Ma prawo tak myśleć, ma prawo zrobić ze swoim życiem to co chce. Być może uznał, że ćpanie i spanie na schodach, grzebanie w śmietnikach, żebranie o pięć złotych pod hipermartketem da mu więcej szczęścia przez tych parę lat, które da jeszcze radę tak przeżyć, zanim wreszcie zaćpa się na śmierć, albo zamarznie którejś zimy, wciśnięty między druciane wózki Carrefoura. Być może w jego pojęciu takie życie da mu więcej szczęścia, niż pięćdziesiąt lat czystego łóżka, pracy, dziewczyny, żony, dzieci. W kategoriach bezwzględnych oczywiście to błędne myślenie. Ale nie da się uszczęśliwić nikogo ani zbawić na siłę. Nie można go zmusić, żeby żył inaczej niż chce - nawet jeśli te jego pragnienia są determinowane przez narkotyki. A przynajmniej - ani Leszek, ani ja nie zdołalibyśmy tego zrobić. Ale nie mam poczucia porażki; nie czuję też rozczarowania. Wiem, że dzięki nam - przede wszystkim dzięki Leszkowi - ten chłopak miał dobre święta. Było mu ciepło, spał w normalnym łóżku, dostawał gorące jedzenie. I był na detoksie - oczyścił organizm z narkotyków, a dzięki temu przez kilka najbliższych miesięcy będą mu wystarczały mniejsze dawki i pewnie w sumie - przedłuży to jego życie o kilka miesięcy lub lat. My zrobiliśmy tyle, ile tylko mogliśmy. On wziął z tego tyle, ile chciał wziąć. I jeśli nawet postanowił nas wykorzystać po to, żeby mieć Boże Narodzenie pod ciepłym dachem, jedzenie i leki - cóż... wykorzystał nas w dobrym celu - nie naciągnął i nie okradł, po to, żeby mieć kasę na dragi. Wykorzystał nas po to, żeby przez kilkanaście dni nie ćpać, podleczyć się i mieszkać w normalnych warunkach. Na zdrowie więc.
Jeśli będziecie kiedyś w Carefurze na warszawskim Targówku i podejdzie do was niewysoki, przygrabiony chłopak o płowych, długich włosach, sympatycznej twarzy, błękitnych oczach i poprosi o to, żebyście kupili mu coś do jedzenia, poświęćcie dziesięć minut swojego czasu, podejdźcie z nim do McDonalda, albo do piekarni, kupcie mu hamburgera, albo bułkę i herbatę. Ale nie dawajcie temu chłopakowi pieniędzy - cokolwiek by wam opowiadał, potrzebne mu są tylko po to, żeby się mógł dzięki nim powoli zabić.
Noworoczna opowieść (nieśmieszna), Komentarze:
[2008-01-10]
Witam ta opowieść z życia była przejmująca ale prawdziwa. bardzo często zdarza się że tacy ładni, mądrzy itp ludzie (chłopcy w szczególności) rzebrzą na ćpanie. my się litujemy a oni nam takiego wała wykręcają. nic takie jest życie. oby jak najmniej takich incydentów:) z pozdrowieniami dla najlepszej i kochającej się Pary :) Przemek
[2008-01-11]
Przyznaje sie dzis zgrzeszylem...w biurze...podczas gdy moje angielskie kolezanki zajadaly sie lunch'em i omawialy 'kto z kim i dlaczego', ja zamiast codzinnej dawki pudelkowych plotek czytalem twojego bloga...Troszke ten uroczy aniol plci meskiej w lewym gornym rogu byl mi niekoniecznie potrzebny na pracowniczym ekranie, gdyz zdradzic mogl on moje niecne wystepki internetowe, ale za to lektura pochlonela mnie calkowicie. Takie polskie klimaty na obczyznie chyba dzialaja na czlowieka ze zdwojona sila. Ale chyba bardziej zadzialalo na mnie to, w jaki sposob opisujesz rzeczy o ktorych czasami nie myslimy dluzej niz piec minut. Czekam wiec na wiecej opowiesci z extravaganckiego kraju....pozdrawiam. Harrogejtczyk.
[2008-01-16]
Witam Doskonale wiem co czuliście i czujecie po tym jak Marcin nie skorzystał z Waszej pomocy. Z drugiej strony trochę z niej skorzystał na swój sposób. Jednak jako osoby pomagające nie tego oczekiwaliście. Ja pomagam potrzebującym od kiedy pamiętam, od kiedy byłem w stanie to robic. Opisana historia jak żywo przypomina moją. Pewnego razu pod barem do którego czasami wchodziłem na obiad po pracy, zaczepił mnie dzieciaczek ok 14 lat prosząc o kupno jedzonka (pieniedzy tez bym nie dał) ale jedzonko to co innego. Dzieciak był śmierdzący, brudny i ogólnie zaniedbany ale przede wszystkim naćpany bo to wąchacz kleju był. Znam miejsca ukrywania torebek i butelek z klejem wiec przeszukałem malca powyciągałem wszystko co miał i powiedziałem, że teraz obiad dostanie. Zaproponowałem również ze mogę codziennie kupowac mu obiady pod warunkiem ze bedzie o wyznaczonej godzinie i nie poczuję od niego smrodu kleju. Na drugi dzien malec o imieniu Łukasz czekał na mnie i rzeczywiscie smrodu kleju nie wyczułem. Poprosił o 5 porcji na wynos dla rodzenstwa. Próbowałem wypytac gdzie mieszka ale mały kłamał pięknie wiec musiałem pobawic się w detektywa zeby namierzyc jego miejsce pobytu. Stary zniszczony budynek w kiepskiej dzielnicy, bez prądu, wody i itp. Litości pomyslałem a gdzie jest jakas pomoc instytucji? Zapukałem na Komisariat Policji - dowiedziałem sie wszystkiego o rodzinie - matka jak to okreslił policjant "goscinna w kroku" gdzies w Polsce, ojciec w pierdlu za zabójstwo dostał 15 lat. Rodzenstwo w ilości 5 sztuk zostało pod opieką najstrszego brata - osiemnastolatka. Ten najstarszy w prezencie od Sedziego Rodzinnego otrzymał 14 latka, 10 latka, 5 latka i 3 latka pod opiekę. Cudownie zważywszy ze najstarszy juz był nałogowym narkomanem - wąchaczem kleju. Wychodziłem jeszcze kilka ścieżek do MOPR, Sądu , Kuratorów, Policji. Na początku nie mogłem sobie wyobrazic ze nikt nic do tej pory nie zrobił i pozostawił tą rodzinę samą sobie. Jednak z biegiem czasu gdy wchodziłem coraz bardziej w sutyację rodziny - przyznałem rację - zrobione było wszystko co można było zrobić. Dzieciaki pozostawały w takiej chorej sytuacje dlatego ze nie pozwalały sobie pomóc. Jedynie trzylatka udało sie zabrac do domu dziecka natomiast juz Ci starsi choc mieli orzeczone miejsca w domach dziecka uciekali z nich systematycznie wracając do tej meliny. Policja ich dowoziła spowrotem a oni znowu uciekali i tak w kółko. Łukasz przychodził pod bar przez dwa tygodnie. Przez dwa tygodnie codziennie kupowałem mu 5 porcji na wynos, przez ten czas nie ćpał. Rozmawialismy duzo. Był naprawde inteligenty i biedny dzieciak i wydawało mi sie juz ze moze uda mi sie go wyciagnac z tego bagienka a młodsi pojda za nim. Zebrałem mnóstwo ubran, posprzatalismy "mieszkanie". Ale po dwóch tygodniach nie przyszedł, poszedłem do nich ale nikogo nie było. Na drugi dzien wybrałem sie ponownie pod znany adres i z daleka zobaczyłem jak jeden z nich mnie zobaczył - uruchomił alarm i wszyscy nieudolnie pouciekali z domu.....Nie chcieli mnie widzieć, nie chcieli ode mnie pomocy. Poczułem sie podle i byłem wsciekły ale w pewnym sensie zaczałem ich rozumiec. Oni mieli swój poukładany świat a ja im go zburzyłem. Oni nie znali innego zycia, to co im proponowałem było dla nich obce i sztuczne. Dokonali wyboru. Pomyslałem nigdy wiecej sie w cos takiego nie wpakuje. Oczywiscie do czasu. To była moja porażka i to co czułem było okropne ale nie dalej jak po ok 2 miesiącach znowu natknałem sie na sytuację w której uwazałem ze musze interweniowac i spróbowac pomoc. Juz nie bede opisywał tej sytuacji ale w skrócie chodziło o chłopaka z domu z dziecka który jak to bywa skonczył 18 lat i nagle wystawiono mu walizki z domu dziecka i powiedziano dorosły jestes radz juz sobie sam. Dostał pare groszy ale nikt w placówce nie pomyslał zeby tych "dorosłych" nauczyc samodzielnosci....całe szczescie ze na chłopaka natknęła sie moja przyjaciólka, która zadzwoniła do mnie wiedzac juz ze pomoge jak tylko bede mógł. Chłopak nawet nie wiedział jak, gdzie wynając mieszkanie a juz o znalezieniu pracy czyli jak to sie robi nie wiedział nic. Efekt jest taki ze Paweł bo tak miał na imię jest szefem kuchni nie małej restauracji, spłaca własne mieszkanie i do dzisiaj jak go spotykam, ma łzy w oczach jak ze mną rozmawia - zreszta ja tez. Porazek ze tak sie wyraze pomocowych miałem mnóstwo - zdecydowanie wiecej niż "sukcesów" i beda pewnie nadal ale mam świadomośc ze chociaz w 1 przypadku na 10 uda sie komus pomóc to warto zaczynac komus pomoć bo tak naprawde nie wiemy czy sie uda czy nie. Jak sie nie uda to trudno, ale jak sie uda to uczucie jakie później ogarnia człowieka jest nie do opisania i choćby dlatego warto próbowac. Dlatego Marcinie zrobiles z przyjaciólmi fantastyczną rzecz - staraliscie sie komus pomoc, nie byliscie obojetni i pokazaliscie swoją wrazliwosc. Jezeli spotkacie sie z podobną sytuacją znowu próbujcie pomoc, mimo porazki....a moze nastepnym razem sie uda. Pozdrawiam serdecznie ;) Ps. "Berek" jest swietną ksiązką, czyta sie ją jednym tchem, ubaw po pachy...zeby nie było tak słodko to przeszkadza w ksiązce tylko jedna rzecz...ale to innym razem
[2008-01-19]
A ja popieram pana wysiłki...jakkolwiek skutek był nieproporcjonalny do poniesionych kosztów to super, że ludzie sobie chcą jeszcze pomagać. A jak mówi chińskie przysłowie "Największą chlubą nie jest to, aby nigdy się nie potknąć, ale to, aby po każdym upadku dźwignąć się i stanąć na nogi." Dlatego Panie Marcinie! Panie Leszku! Walczcie tak dalej!
[2008-01-21]
Osoby uzależnione (w tym narkomani) mogą wyjść z nałogu tylko pod własna presją i z własnej chęci, przy współpracy i chęci pomocy ze strony otoczenia. Wymagają pomocy, współczucia i tzw "twardej ręki, zasad etc." Wy zrobiliście dla tego chłopaka bardzo dużo, prawdopodobnie więcej niż inni, daliście mu szansę pomimo jego postępowania. Być może kiedyś, w przyszłości, gdy sięgnie najniższych poziomów dna, zechce się od niego odbić i wtedy przypomni sobie Was i nabierze wewnętrznej, własnej siły na porzucenie nałogu. Gratuluję wam postępowania, chęci pomocy, współczucia. Może nie jest ono daremne? Pozdrawiam.
iwa:
[2008-01-22]
Ja pomagam wszystkim i od zawsze.Jak się człowiek dobrze rozejrzy,to okazuje się,że takich osób jest mnóstwo.Każdy odruch serca,każda pomoc jest bardzo cenna.Tak naprawdę nigdy nie jest daremna.Po prostu róbmy swoje.
[2008-01-31]
Podziwiam i jeszcze raz podziwiam. Sama daję takim ludziom grosze i więcej komuś kogo znam, ale nie robię tego z dobrego serca tylko ze złości, ze inaczej pomóc nie umiem.
[2008-01-31]
Popieram taka bezinteresowna pomoc. Ale rzeczywiscie porazka Twojego kumpola mogla zabolec. Czasami zastanawiam sie czy dac drobne czy nie. W weikszosci przypadkow nie daje. Czaami nie szkoda mi ludzi.
[2008-02-17]
Nie wiem dlaczego akurat dziś wpadłam na Twojego bloga.... Może przypadek a może jednak powinnam już wcześniej go przeczytać. Żałuje tylko, że nie mam takich możliwości finansowych jak Ty aby pomagać innym ale zaczne od początku.... Pod koniec stycznia siostra poprosiła mnie żebym oddała jej książki w Śląskiej Bibliotece ale koniecznie w bieżącym tygodniu. Ja jak to ja nigdy na takie pierdoły nie mam czasu więc pojechałam w ostatni możliwy dzień. Z słuchawkami na uszach słuchając ulubionych piosenek Pidżamy Porno mknęłam czym prędzej do tej cholernej biblioteki. Przed wejściem krążył chłopiec (ok12lat),chciałam go ominąć i wejść do środka kiedy niepewnym głosem zapytał: -ma pani coś do jedzenia albo jakiegoś grosza?- wyrwana z słuchania muzyki kompletnie zaskoczona wyksztusiłam: -zaczekaj chwile...- nie wiedziałam czy mi uwierzył przecież musiałam oddać te książki, które były sprawcą całej sytuacji..... Oczywiście kilkunastoosobowa kolejka.... Kobieta w stylu - zagorzała flegmatyczka, zabiera ode mnie książki... Wychodze. Chłopiec szybkim krokiem z nadzieją w oczach podchodzi z pączniem w ręce... Ktoś się zlitował. No właśnie pączek! To przecież był tłusty czwartek! Nie daje nigdy pieniędzy dlatego zapytałam o najbliższy sklep on też nie wiedział więc poszliśmy szukać. -Ty taż nie mieszkasz tutaj?-zaczełam rozmowe... -Nie na Opolskiej- mówił cichym spokojnym głosem, w końcu nie wytrzymałam -Gdzie masz rodziców..!?- spuścił głowe -jest nas jedenaścioro w domu a rodzice nie pracuję...-zrobiło mi się cholernie głupio czy to jego wina, że nie ma co jeść! Byłam zakłopotana i wściekła sama na siebie że coś takiego powiedziałam chłopcu, który ma niewielki wpływ na swoje życie. Próbuje zmieniać swój los w jaki sposób potrafi przełamując wstyd. Przecież nie kradnie a mógłby... Jednak dobrze go wychowali rodzice, których ja nie znając próbowałam osądzać!!! Idiotyzm ludzi współczesnego świata osądzają, komentują tylko po poszlakach, nie znając szczegółów tylko jeden rztu omylnego oka... A On Mały Wielki Człowiek nie narzeka, nie skarży się choć nie ma łatwego życia... młody człowiek chcący pomóc całej rodzinie. Ja w jego wieku bawiłam się, nie przejmowałam niczym i jeszcze miałam pretensje do rodziców, że nie mają na to czy tamto... Chore problemy chorych ludzi... A On chce tylko zjeść coś... Idziemy dalej. Jest sklep. Chcąc zrobić mu przyjemność pytam- Co byś chciał żebym ci kupiła?- Nie wiem co Pani uważa.... Ja tu poczekam przed sklepem...- Przekonuje Go, żeby wszedł i się ogrzał ale nie chce... Wchodze do sklepu i co tu kupić??? Chleb, kiełbasa, ser....i coś na słodko dla dzieciaków pewnie na codzień nie mają. No ale on przecież jest głodny to jakiś kołaczyk na droge. Wychodze z reklamówkami. Chopak nie wie jak ma je zabrać. Dziwnie zmieszany, zaskoczony... Jego radość w oczch mi wystarczyła i niesamowicie wzruszyła. Przez zaciśnięte gardło zdołałam wyksztusić tylko: - Uciekaj do domu bo zimno...-odwróciłam się z wielkimi świecami w oczach i słyszałam tylko- Dziękuje pani bardzo, dziękuje...- to mi wystarczyło... Nie ukrywam zrobiłam to dla niego ale również dla siebie. i czułam takie wzniosłe przekonanie w końcu zrobiłaś coś naprawde uczynnego, dobrego ...dla innych. I tekst krążący po głowie:"Wybudowałem sobie pomnik..." Taki mały pomniczek, który każdy z nas może wybudować jeśli nie przejdzie obojętnie, jeśli zatrzyma się, jeśli spróbuje zrozumieć.... Niech podejdzie do tego egoistycznie. Kupi mu bułkę żeby poczuć się lepiej. Za ten egoizm On odpłaci się szczerym uśmiechem i wdzięcznościę płynącą z serca. Żałuje tylko jednego, że nie moge mu jeszcze bardziej pomóc.... Tyle zbiegów okoliczności gdyby nie moja siostra pewnie nigdy bym nie pojechała do tej biblioteki, gdyby nie moje zabieganie pewnie bym pojechała w inny dzień. I pewnie gdybym odmówiła siostrze oddania tych cholernych książek to nigdy bym nie soptkała Małego Człowieka a jednak nauczyciela... Takie małe decyzje, małe rzeczy skutkowały czymś niezwykłym, czymś czego nie powinniśmy się bać ale analozować i działać. Musiałam wyrzucić to z siebie dlaczego teraz? Dlaczego tu? Nie mam pojęcia i nawet nie próbuje znaleźć odpowiedzi na te pytania i wiele innych które mnie dręczą... Mój mały alep nie dajcie pieniędzy ale na jedzenie ich nie żałujcie nikomu.
[2008-02-17]
---samo życie!--gratulacje,że tyle pomogliście!,,ale niestety nie wszystkim można pomóc--niektórzy na własne życzenie sie staczają!--pozdro!
omm:
[2008-07-15]
Chylę czoła, bo słowa są małe. Zgadzam się z Robertem, to nie porażka, to nowe doświadczenie i wcale nie złe. Może ten chłopak zachowa w pamięci dobro z jakim się spotkał, może kiedyś właśnie TO dobro da znać o sobie? Niewielu stać na miłość do ludzi. Podziwiam.
[2008-07-26]
Wiele lat temu ktos wyrzadzil mi potworna krzywde. Dzisiaj jestem pewien, ze wiekszej krzywdy nikt nie mogl mi wyrzadzic i nie wyrzadzi. W konfrontacji z tymi doswiadczeniami nawet smierc wydaje sie malo wazna... Dla mnie wtedy byl to potworny dramat, choc dzisiaj nie pamietam juz wielu szczegolow z tamtego zdarzenia. Przez wiele miesiecy czulem glod. Choc mieszkalem na dworcu nie zebralem, nie kradlem, po prostu bylem sobie gdzies tam, zawieszony w prozni - miedzy wyborem dobrego i zlego. Czujac sie okradzionym z wlasnego "ja", wegetowalem zastanawiajac sie, czy to nie jest przypadkiem oczekiwanie na smierc. Spojrzenia pełne pogardy, ostentacyjne splunięcia. Tak, widzialem to i bede mial ten widok przed oczami do konca zycia. Wtedy nie bylem zupelnie gotowy na rozpoczecie doroslego zycia... Nauczylem sie wtedy, ze kazdy ma swoja historie. Niektorzy znajduja sie w bezdomnosci dlatego, ze tak jest latwiej (wegetowanie jest duzo latwiejsze niz walka o godnosc), a inni dlatego, ze po prostu nie maja gdzie pojsc... Wlasnie wtedy tez ktos dal mi kromke chleba. Z wdziecznoscia przyjalem ja jak zbawienie. Jak znak, ze wszystko dzieje sie z jakiegos powodu... Przyjalem pomocna dlon - dla tego kogos zupelne nic (para znoszonych spodni, t-shirt, jednorazowy nozyk do golenia), a dla mnie caly swiat darowany jakby zupelnie od niechcenia. Dzisiaj mam juz swoje poukladane, choc zwariowane zycie. Mam partnera od prawie 9 lat (sam sie znalazl przez przypadek, nie szukalem - przysiegam!). Mam swoje zycie. Mimo wszystko...
Galu:
[2008-11-21]
W zeszłym roku ja również spotkałam na Targówku chłopaka, który nie chciał pieniędzy, tylko coś do zjedzenia. Nie miałam jedzenia, dałam pieniądze. Po wyjściu ze sklepu już go nie widziałam. Uwierzyłam, że poszedł coś zjeść. Nie wyglądał na narkomana. Zapewne był to ten sam człowiek...