Berek Marcin Szczygielski Instytut Wydawniczy Latarnik

[2008-01-03]

Podróż

Przedsylwestrowy tydzien upłynął mi pod znakiem Stefanii Grodzieńskiej, która zaraz po świętach zadzwoniła do mnie i zapytała, czy nie bylibyśmy gotowi wydać pewnej książki. Od razu zastrzegła, że książka nie jest jej autorstwa. Napisana została przez jej przyjaciółkę, która opowiedziała w niej o swojej walce o przeżycie w warszawskim getcie i na Pawiaku podczas niemieckiej okupacji. Książkę od Stefanii odebrałem i przeczytałem w jeden wieczór. Napisana prosto, jasnym, nowoczesnym językiem opowiada o dramacie bez patosu, nawet z odpryskami poczucia humoru i dystansu. Codzienność warszawskiego getta, przedstawiona w najdrobniejszych detalach z punktu widzenia młodej osoby, wciągniętej w tryby machiny śmierci, przejmuje i dotyka właśnie dzięki tej perspektywie - spojrzeniu na przetrwanie jednostki, jej bliskich, bez generalizujących haseł "naród", czy "ojczyzna". Zdecydowanie zasługuje na wznowienie, trudno mi zrozumieć dlaczego - choć wydana została na początku lat sześćdziesiątych w niewielkim jak na owe czasy nakładzie - żadne wydawnictwo nie starało się przez te wszystkie lata o prawa do niej.
Stefania zgodziła się napisać wstęp, zatem przystąpiłem do prób nakłonienia Tomka, aby książką się zainteresował - wszystko na dobrej drodze.
Tomek zasiadł z książką w fotelu, a my ze Stefanią wybraliśmy się na wyprawę do jej przyjaciół mieszkających w Domu Aktora Weterana. Była to już druga taka nasza podróż - pierwszy raz byłem ze Stefanią w Skolimowie jakiś miesiąc temu. Wtedy nasza wizyta trwała zaledwie dwie godziny, ale w tę sobotę spędziliśmy tam całe popołudnie i część wieczoru. Jak opisać ten czas? Hm, ani słowo "niesamowite", ani zdecydownie słowo "ciekawe" nie oddaje ani w części wrażeń.

*

Już sama podróż ze Stefanią to wyjątkowe doświadczenie - od chwili gdy tylko zamykam drzwi auta i przypinam pas, aż do chwili gdy parkuję na skolimowskim parkingu, Stefania mówi. Mówi cicho, nachylam się więc w jej stronę, zły na silnik, który pracuje zbyt głośno i na klimatyzację, której szum zagłusza słowa. Stefania opowiada o okupacji, o swoim życiu w latach 30-tych. O gruźlicy, na którą zachorowała wraz ze swoim pierwszym mężem wkrótce po ślubie. O pobycie w zakopiańskim Sanato - sanatorium, w którym przebywali ludzie chorzy na "młodzieńczą gruźlicę".
- Wiesz, my tam wszyscy byłiśmy przekonani o tym, że umrzemy. Większość rzeczywiście umarła, ja przeżyłam. Żyliśmy tam z całkowitą pewnością śmierci, bawliśmy się więc do upadłego. Całymi nocami tańczyliśmy i piliśmy. To oczywiście było zabronione, nam nie wolno było pić alkoholu. Kiedy przychodził jakiś nowy, sprawdzaliśmy go czy można mu zaufać, czy nie wygada. Jeśli przechodził test pomyślnie, zostawał na oddziale. Jeśli nie - ktoś z nas szedł do pielęgniarek i mówił, że ten chłopak, czy dziewczyna niezbyt dobrze się czuje w naszym towarzystwie, że na innym oddziale będzie mu lepiej.
Stefania opowiada o czasach powojennych, o pracy w radio, w telewizji. O niezliczonych trasach koncertowych, "chałturach", w których brała udział. O Brzechwie, Tuwimie, o ludziach, których znała.
Mówi cicho, precyzyjnie, z poczuciem humoru i dystansem. To nie są opowieści kogoś, dla kogo przeszłość jest całym światem, nie. To po prostu rozdziały jej życia. Dzieli się nimi ze mną bez tego często spotykanego u starszych ludzi stwierdzenia "wtedy to było życie, nie to co teraz". "Teraz" jest dla Stefanii tak samo ważne, jak "wtedy". Może "teraz" jest trudniejsze - gdy organizm zaczyna odmawiać posłuszeństwa, reszta schodzi na dalszy plan. Ale dostrzega detale i mechanizmy teraźniejszości, analizuje je i przyswaja. Chciałbym mieć tyle szczęścia, by być do tego zdolnym, gdy - jeśli - osiągnę jej wiek.
W Skolimowie wita nas Zosia Wilczyńska, przyjaciółka i równieśniczka Stefanii. Zosia jest aktorką i tancerką. W jej pokoju na ścianach wiszą oprawione zdjęcia ze spektakli, w których występowała, jej portrety, fotosy z przedwojennych filmów. Ale - inaczej, niż u Witolda Grucy, którego odwiedzamy później - ta ekspozycja nie robi wrażenia mauzoleum. Zosia, podobnie jak Stefania, płynie z czasem. Te zdjęcia i obrazy są tylko zapisem czasu, etapów życia, a nie teatralnymi zastawkami, przesłaniającymi obecną rzeczywistość. Przyjaciółka Stefanii z równą swadą i zainteresowaniem mówi o wydarzeniach na planie filmowym "Białego Murzyna" z lat 30-tych, jak i o perypetiach na planie obecnie kręconego w Skolimowie filmu, w którym biorą udział mieszkańcy domu.
- Irena Kwiatkowska złamała rękę, potknęła sie o dywan. Witek złamał nogę, Nina Andrycz spadła ze schodów podczas zdjęć. Ale to nic poważnego.
- Bhp na planie szwankuje - stwierdzam. Śmieją się obie.
- Reżyser zaproponował mi większą rolę - opowiada Wilczyńska - ale kiedy zobaczyłam scenariusz, zrezygnowałam. Tyle tekstu do nauczenia, nie chciało mi się. Powiedziałam mu, że nie lubię latać samolotem. Zbaraniał i mówi, że przecież nie będę musiała latać samolotem. No chyba pan nie myśli, że po Oscara popłynęłabym później statkiem!
Wilczyńska, szczupła i prosta jak trzcina, ubrana w kolorową jak tęcza, wąską, robioną na drutach sukienkę do kostek, podaje nam kawę, ciastka, podsuwa mi mandarynki. Zagląda do nas skolimowski ksiądz Kazio, Stefania pospiesznie chowa okulary. Dochodzi dwudziesta, czas się zbierać.
- Chodźmy jeszcze do Witka - prosi Stefania.
Pan Gruca, tancerz i choreograf, legenda polskiej sceny, mieszka na parterze. Leży w łóżku, ze ścian spoglądają na nas jego niezliczone fotosy. Piękny, doskonale zbudowany młody chłopak, ale - w odróżnieniu od wrażenia, jakie robiły oprawione zdjęcia na ścianach pokoju Zosi - ta wystawa jest smutna i przejmująca. Na czym polega różnica? - zastanawiam się, parząc na czarno-białe zdjęcia. Nie na tym, że ten przystojny chłopak o jasnych oczach, teraz leży przykuty do łóżka. Raczej na tym, co przedstwiają te zdjęcia. U Wilczyńskiej to były po prostu sceny z minionego czasu - kostiumy, klatki z przedstawień i filmów. Tu bohaterem nie są wydarzenia, ale on. Kadry są ciasne, tło puste. Nawet jeśli na zdjęciu jest ktoś jeszcze, nie widać jego czy jej oczu. Widać tylko tego ślicznego chłopaka, en face, z półprofilu, z profilu, z uśmiechem, z pochmurną miną. Te zdjęcia próbują zagłuszyć szelest upływającego czasu, próbują odwrócić uwagę od rzeczywistości. "Nie patrz na mnie, nie patrz jak teraz wyglądam. Popatrz na te zdjęcia, one mówią prawdą. Taki jestem". Już nie. Na ścianach, między fotosami, wiszą dwa renesansowe pałacowe portrety. Kobieta, ubrana w sztywną suknię; ze ściągniętą, bladą twarzą, surowym spojrzeniem i mężczyzna z marsem na czole i kryzą pod ciemną, spiczastą brodą. Gruba warstwa werniksu na obu płótnach ściemniała i popękała od upływu czasu, masywne, złocone ramy zmatowiały. Barwy na obrazach przybladły i zżółkły. Ci ludzie wpatrują się w siebie nawzajem z przeciwległych ścian, nie pamiętają swoich imion. A między nimi tańczą szare, wibrujące cienie pięknego, półnagiego młodego mężczyzny.
Wychodzimy, wsiadamy do samochodu. Wieczór jest mroźny, niebo czyste. Zapinam pas i wyprowadzam auto na drogę. Stefania mówi do mnie, nachylam się lekko w jej stronę...

Stefania


Podróż, Komentarze:

Czartogromski:

[2008-01-03]

Przyjemność czytania Szczygielskiego połączona z przyjemnością spotkania ze Stefanią Grodzieńską. Czego chcieć więcej? Ciągu dalszego :-)

Mariusz:

[2008-01-03]

Parę lat temu przeczytałem " PL-BOYA"- spodobał mi się styl autora , później była "WIOSNA PL-BOYA"... "BERKA" jeszcze nie czytałem, od pewnego czasu czytam tego bloga. Moja Ukochana Iris Murdoch pisała "jedną z tajemnic szczęśliwego życia są nieustanne maleńkie uczty". Takimi ucztami są dla mnie między innymi chwile spędzone przy czytaniu tego co wyszło spod pióra Marcina Szczygielskiego. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego w nowym roku.

maurycja:

[2008-01-04]

uwielbiam Stefanię Grodzieńską, zazdroszczę Ci tych rozmów z Nią bardzo. niesamowita renesansowa kobieta o młodej duszy. jej książki czyta się tak jakby słuchało się jej opowieści na żywo. piękny człowiek.

klara:

[2008-01-31]

Panie Marcinie, pięknie Pan opowiada, tyle w Panu ciepła i mądrości. Zazdroszczę spotkań z Panią Stefanią i Jej światem, to bardzo wzbogaca. Ma Pan dużo szczęścia w życiu, wie Pan o tym?

JacekII:

[2008-07-26]

Pani Stefania... Symbol. Tak jak Pani Hanka Bielicka. Zazdroszczę Panu "obcowania" z tą magią. Proszę przekazać Pani Stefanii wyrazy najgłebszego szacunku. Wiem, że to głupio brzmi, ale proszę...


Skomentuj

imię/nick(wymagane)
email(wymagane)
www
komentarz