Berek Marcin Szczygielski Instytut Wydawniczy Latarnik

[2008-05-11]

Z pamiętnika pewnego konkreta

Na jednym z gejowskich portali zupełnie przypadkiem trafiłem na taki oto anons:


"Obciągnę i wyliżę jaja konkretnemu aktywowi do 35 lat. Tylko i wyłącznie na moich warunkach (jestem żonaty i musi być 100% dyskrecji) Spotkanie tylko i wyłącznie w moim bloku na Madalińskiego. Ustawiamy się mailowo na konkretną godzinę. Jak już jesteś pod blokiem puszczasz mi smsa i tylko smsa. Ja schodzę po ciebie i idziemy do mojej piwnicy gdzie pakujesz mnie w ryj i każesz lizać jaja i rów. Wyzywasz mnie przy tym jak chcesz i możesz lekko dawać mi po ryju (lubię się czuć jak szmata). Ty bez wąsów i bez brody. Bez okularów i bez brzucha. W mailu mile widziane zdjęcie samego kutasa i jaj oczywiście niekonieczne. Spotkania tylko po godzinie 23."

W pewnym sensie to ogłoszenie jest majstersztykiem - w niezwykle krótkiej, zwięzłej, treściwej i mistrzowsko skonstruowanej formie autor zawarł całą gamę emocji, wyraził swoje pragnienia, obawy, a przy okazji całkiem wyczerpująco nakreślił obraz swojego codziennego życia i sytuacji.

Po pierwsze komunikat: "Obciągnę i wyliżę jaja konkretnemu aktywowi do 35 lat" - jasny i prosty przekaz. Oferta. Jeśli cię interesuje taka forma spędzenia czasu, czytaj dalej.

Po drugie background: "Tylko i wyłącznie na moich warunkach (jestem żonaty i musi być 100% dyskrecji)". Jeśli zainteresował cię komunikat nr 1, nie licz na nic więcej. Nie ma mowy choćby o wymianie uprzejmości, lub przedstawieniu się. Nie ma mowy, abyś spotkał się z autorem w okolicznościach innych, niż te opisane dalej. Nie ma mowy, że – jeśli lizanie okaże się urocze i sympatyczne – zaprosisz kiedykolwiek autora na kawę, do kina, czy na romantyczną kolację. Dlaczego nie ma mowy? Nawet nie dlatego, że autor nie jest zainteresowany zawarciem bliższej znajomości – autor jest żonaty. Żona nie wie, a autor nie ma zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy. Żona nie może się dowiedzieć. Bo choć żona jest tylko parawanem, oszukiwaną idiotką, instrumentalnie traktowaną, naiwną i nieszczęśliwą przykrywką, taką ma pozostać. To warunek autora.

Po trzecie warunek:
"Spotkanie tylko i wyłącznie w moim bloku na Madalińskiego". Autorowi bardzo zależy na rozrywce, ale nie na tyle, żeby miał się w tym celu wybrać dalej niż do własnej piwnicy (o piwnicy mowa dalej). Ten warunek potwierdza punkt nr 2 - żona jest taką kretynką, że się nie zorientuje kiedy mąż wyskoczy z mieszkania w kapciach na piętnaście minut, żeby kilka pięter niżej wylizać i obciągnąć jakiemuś konkretnemu aktywowi do 35 lat. W tym czasie żona będzie zmywała naczynia po małżeńskiej kolacji, rozkładała małżeńską wersalkę, lub otulała do snu dziecko-przykrywkę. Swoją drogą ten punkt, choć składa się z zaledwie 9 słów, otwiera umysł, jak żaden inny z tego anonsu. Wyobraźmy sobie jakie rzeczy mogą wyprawiać nasze połowy dosłownie tuż pod naszymi nosami dzięki umiejętnej organizacji, komórkom i internetowi. Kiedyś z niepokojem myśleliśmy o nadchodzącym wyjeździe naszego męża na delegację, a teraz... mój Boże, jego zwykłe wyjście do zsypu niesie z sobą potencjalną groźbę zdrady. W tym punkcie autor bardzo zmyślnie podał także ogólny adres - ta oferta może wydać ci się atrakcyjna, jeśli mieszkasz na Ursynowie, ale jeśli na Bemowie – może już nie. Autor szukający konkreta, sam zdecydowanie do takich należy. Znasz już ogólną topografię - jeśli jest ok, czytaj dalej.

Po czwarte logistyka: "Ustawiamy się mailowo na konkretną godzinę. Jak już jesteś pod blokiem puszczasz mi smsa i tylko smsa. Ja schodzę po ciebie i idziemy do mojej piwnicy". Autor zapewne pracuje w bankowości, albo jest jakimś korporacyjnhym strategiem. Wiesz już wszystko – gdzie dojechać, po co, na co możesz liczyć i jak to załatwisz. Bułka z masłem! Autor sprytnie wykorzystuje wszystkie zdobycze techniki, aby temu konkretowi do 35 lat obciągnąć i wylizać w piwnicy przy Madalińskiego. Nie musisz umawiać się co do minuty i gnać z wywalonym językiem. Autor nie czeka w piwnicy. Autor spokojnie czeka u boku żony kilka pięter wyżej, głaszcząc ją po włosach i dziękując za pyszną kolacyjkę, albo oglądając newsy na TVN24, albo "Masz wiadomość" z Meg Ryan – żona tak lubi ten film... Gdy dotrzesz na miejsce, dasz znać "smsem i tylko smsem" – nie wolno ci dzwonisz, bo żona-przykrywka usłyszy sygnał i się zaciekawi. Może nawet zacząć coś podejrzewać. Sms nie wzbudzi obaw – autor powie najwyżej, że to z banku. A następnie wyniesie śmieci, albo wręcz powie, że idzie do piwnicy po, dajmy na to, samochodowy fotelik dziecięcy. Ale chyba raczej nie... autor, tak konkretny i ostożny, nie zdradzi prawdziwego celu wyprawy. Zapewne postawi na śmieci. Lub papierosa. A może zapomniał czegoś zabrać z auta? No, wraca góra za dwadzieścia minut.

Po piąte scenariusz spotkania, a zarazem charakterystyka osobowości autora: "gdzie pakujesz mnie w ryj i każesz lizać jaja i rów. Wyzywasz mnie przy tym jak chcesz i możesz lekko dawać mi po ryju (lubię się czuć jak szmata)". Nie ma mowy o romatycznej atmosferze. Konkretny autor nie szuka czułości. Konkretny i doskonale zorganizowany autor, jest – w sferze emocjonalnej – masochistą. Pragnie być poniżany, chce "czuć się jak szmata". Prawdopodobnie w pracy pełni funkcję szefa, prawdopodobnie z powodzeniem – świadczą o tym choćby zdolności organizacyjne widoczne w tym anonsie oraz jego apodyktyczny ton. Nadmiar władzy w miejscu pracy i w domu (z pewnością nasz konkretny autor jest niekwestionowaną głową domu) wywołują u niego potrzebę odreagownia i bycia poniżonym. Ale tylko troszeczkę – przez piętnaście minut, we własnej piwnicy po kolacji.

Po szóste wymagania: "Ty bez wąsów i bez brody. Bez okularów i bez brzucha. W mailu mile widziane zdjęcie samego kutasa i jaj oczywiście niekonieczne". Konkret do 35 lat nie może być owłosiony na twarzy, nie może mieć okularów, ani brzucha. Potrzebny prawdziwy man! Trudno mi wytłumaczyć jaki wpływ mogą mieć wąsy i broda, nie wspominając o okularach na nosie, na jakość obciągania niższej partii ciała oraz lizanie rowa i jaj i to w dodatku w piwnicy. Widocznie autor jest estetą, albo po prostu ma swój typ i tyle. Ale ostatnie dwa słowa zdradzają człowieka na poziomie – z zaskakującą po wcześniejszych treściach delikatnością autor nie nalega na przysłanie mailem zdjęcia "kutasa i jaj". Jeśli chcesz przysłać, będzie to mile widziane, czy raczej obejrzane, ale jeśli nie chcesz - nic nie szkodzi, naprawdę nie ma sprawy...

Po siódme czas:
"Spotkania tylko po godzinie 23". Zapewne autor długo pracuje – jako szef, dyrektor lub nawet prezes jakiejś korporacji musi długo siedzieć w biurze. A może po prostu czujność żony słabnie pod wieczor?

Tak więc jeśli jesteś bezwąsym, bezbrodym konkretnym, szczupłym facetem bez wady wzroku do 35 lat, mieszkasz niedaleko Madalińskiego, masz komórkę i internet, czas po 23.00 oraz zamiłowanie do piwnic, a także do lżenia obciągających i "wylizujących ci rów oraz jaja" żonatych facetów w kapciach – pisz, przygoda czeka, przyzywa z daleka!

Ja po przeczytaniu tego anonsu myślę o nim często. Ale nie o ofercie, ani nie o konkretnym autorze - choć ten człowiek, całkowicie wyjałowiony z jakichkolwiek etyczno-moralnych zasad, pozbawiony cienia empatii i skrupułów, z pewnością może wywoływać niezdrową fascynację. Ale o nim nie myślę. Myślę o tej jego "musi być 100% dyskrecji" żonie. Kim jest ta kobieta? Co myśli? Co czuje? Czy wie jak tak naprawdę wygląda i czym jest jej życie? Czy kiedy schodzi czasami do piwnicy po walizki lub drabinę choćby w najśmielszych fantazjach podejrzewa, że właśnie tam jej mąż raz na jakiś czas wieczorową porą "obciąga i liże rowy" przypadkowym konkretom do 35 lat? Czy kiedy jej mąż wyskakuje wieczorkiem z workiem śmieci i wraca po dwudziestu minutach, całuje ją w policzek na powitanie? Co do niej mówi po takiej wyprawie?
Przyznam, że jest tylko jeden rodzaj gejów, których trudno mi tolerować. Nie są to wcale "przegięte cioty", ani zmanierowani, ani ci "ze środowiska". To są ci żonaci. Ci, którzy dla własnej wygody, z własnego tchórzostwa postanawiają unieszczęśliwić jakąś Bogu ducha winną dziewczynę, a później zazwyczaj także dzieci. Znam takich gejów. Wy też. Widujecie ich codziennie na ulicach, spotykacie na przyjęciach, oglądacie w telewizji w różnych - najczęściej rozrywkowych - programach. Nie potrafię zrozumieć tych facetów i nie widzę dla nich żadnego usprawiedliwienia (oczywiście poza nielicznymi przypadkami gejowsko-damskich jasnych układów). Bo sytuacja, w której ktoś decyduje się dla własnego komfortu zniszczyć czyjeś życie, nie ma żadnego usprawiedliwienia.

+ komentarze (8)

[2008-01-10]

Noworoczna opowieść (nieśmieszna)

Jakiś tydzień, może półtora, przed świętami robiłem zakupy w Carrefourze na Targówku. Nie cierpię centrów handlowych i nienawidzę hipermarketów, ale tylko tam można dostać nożyki do golenia Wilkinsona, więc zacisnąłem zęby i ruszyłem w stronę wejścia. Było już po południu, słońce dawno zaszło. Kiedy mijałem wiatę z wózkami, podszedł do mnie chłopak.
- Proszę pana, ja nie chcę pieniędzy - powiedział na wstępie. – Chciałem zapytać, czy kupiłby mi pan może coś do jedzenia?
Zwykle w takich sytuacjach odchodzę albo daję takiemu delikwentowi złotówkę (choć wiem, wiem, że nie powinno się tego robić). Ale tym razem się zawahałem. Chłopak sprawiał wrażenie lekko przestraszonego, pokornego. Blondyn z długimi włosami i niezbyt gęstą jasną bródką. Taki szwedzki Dartagne. Przystojny i sympatyczny. Czy dlatego właśnie się zatrzymałem? Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie. Ale nie tylko dlatego. Zamieniłem z nim dwa słowa, wyciągnąłem portfel i dałem mu banknot.
- Tyle pieniędzy! Pan żartuje! - wytrzeszczył na mnie oczy.
Uśmiechnąłem się z zażenowaniem i już miałem się odwrócić by ruszyć do wejścia, kiedy lekko dotknął mojego ramienia.
- Ja szukam pracy, jestem bezdomny. Wezmę każdą pracę. Gdyby pan coś wiedział, słyszał... Mam telefon.
Popatrzyłem na niego przez krótką chwilę.
- Dobrze. Nic nie mogę obiecać, ale się dowiem.
Zapisałem numer. Powiedział, że ma na imię Marcin, pracował jako glazurnik, ale może pracować przy remontach, rozbiórkach, sprzątać.
- Zadzwonię - obiecałem, choć wcale nie byłem tego taki pewien.
Zrobiłem zakupy, odstałem kilometrową kolejkę do kasy i wróciłem do auta. Rozglądałem się po drodze, czy nie dojrzę gdzieś tego chłopaka, ale go nie było. W drodze do domu zastanawiałem się nad nim. Jak to możliwe, żeby taki sympatyczny, przystojny chłopak, który potrafi jasno składać zdania ładnym językiem, jest bezdomny i nie ma pracy? Co się za tym kryje - biorąc pod uwagę, że teraz czeka się na ekipę remontową miesiącami, a każda złota rączka jest na wagę platyny? Zadzwoniłem do mojej przyjaciółki Magdy, czyli Megi (dla wtajemniczonych - wystąpiła w dwóch moich książkach :) i opowiedziałem jej o całej sytuacji. Uzgodniliśmy, że na drugi dzień przyjedziemy do Carrefoura razem, pogadamy z Marcinem i jeśli Megi oceni go pozytywnie, spróbujemy załatwić mu jakąś pracę. Później przypomniało mi się, że mój przyjaciel Leszek jest u progu remontu kawalerki, ma kłopot z ekipą, a zanim ekipa wkroczy, należy mieszkanie oprónić, zerwać podłogi i skuć kafle w łazience i kuchni. Zadzwoniłem więc do Leszka, opowiedziałem mu o całej sytuacji. Uzgodniliśmy, że jeśli Megi uzna, że facet jest wiarygodny, Leszek zaproponuje mu robotę. Jak widzicie Megi ma spory autorytet :)
Na drugi dzień - była to sobota - o trzynastej spotkaliśmy się z Marcinem. Zabraliśmy go na obiad do Sfinxa i przystąpiliśmy do śledztwa. Chłopak od czwartego roku życia był w domu dziecka. Na osiemnastkę dostał kawalerkę. Mieszkał w niej przez jakiś czas, właśnie wtedy zajmował się układaniem kafelków. Później poznał dziewczynę, zamieszkał z nią w domu jej rodziców w Wołominie i zaczął pracować w masarni należącej do przyszłego teścia. W jego kawalerce zamieszkała jego przyrodnia siostra z trójką dzieci. Trwało to przez trzy lata - tuż przed planowanym ślubem coś się posypało i Marcin musiał wrócić do siebie. Wykwaterował siostrę, ale wtedy okazało się, że przez ten cały czas nie płaciła czynszu. Zaległości były spore - około siedmiu tysięcy. Żeby mieszkania nie stracić, Marcin kawalerkę wynajął, spłacił długi i do marca nie może do niej wrócić. Mieszkał przez jakiś czas u dalekiej rodziny, później u znajomych. Potem się to skończyło i wylądował na klatce schodowej. Śpi tam, a całe dnie spędza pod Carrefourem na Targówku, albo pod Ikeą, gdzie może podładować baterię w telefonie i napić się za darmo kawy. Miał w tym czasie kilka krótkoterminowych robót - rozładowywał furgonetki pod Castoramą, kosil trawniki, porządkował komuś garaż, odmalował piwnicę. Megi obserwowała go uważnie przez cały czas, zadała kilka pytań. Po obiedzie pożegnaliśmy chłopaka i wsiedliśmy do samochodu.
- I co myślisz? - zapytałem.
- Wiarygodny. Wszystko trzyma się kupy - powiedziała. - Nie rozumiem tylko dlaczego taki ładny, niegłupi chłopak jest w takiej chorej sytuacji. Zadzwonię do znajomego, który ma firmę, może coś się znajdzie.
Dwa dni później umówiłem Marcina z Leszkiem, zgarnąłem go z parkingu pod Carrefourem i zawiozłem na Marszałkowską, żeby obejrzał kawalerkę i pogadał z gospodarzem. Marcin rzucil okiem na mieszkanie, Leszek rzucił okiem na Marcina, obaj podjęli decyzję i ku memu lekkiemu przerażniu Leszek od razu wręczył Marcinowi klucz do mieszkania.
- Jak chcesz możesz tu spać - powiedział.
Postukałem go w ramię i poprosiłem, żeby wyszedł ze mną na korytarz. Jego drugie mieszkanie - to, w którym mieszka - jest na tym samym piętrze, drzwi obok.
- Lesiu, zwariowałeś! Nic o nim nie wiemy!
- A co on tu może? Dałem mu tylko klucz spod klamki, kawalerka jest pusta. Jeśli coś będzie nie tak, po prostu zamknę drzwi na drugi zamek i do widzenia.
- Ale błagam cię, zabierzmy stamtąd przynajmniej rower!
Wyprowadziliśmy rower, wynieśliśmy krzesła, jakieś drobiazgi. Kawalerka była prawie całkiem pusta, Leszek przyniósł Marcinowi materac do spania.
- No, to uciekam - powiedziałem.
- Wyjdę z tobą - Marcin ruszył w stronę wejścia. - Pojadę do Carrefoura, może coś zarobię (zarobię!), kupię sobie kartę do telefonu i wrócę.
Zatrzymałem się w pół drogi i odwróciłem do niego.
- Stary, jeśli masz tu pracować, to zacznij od razu. Pojedziesz do Carrefoura, będziesz się tam szwendał pół dnia, później będzie za późno, nie przyjedziesz dziś, itd, itp. Po prostu bierz się do roboty! A jeśli potrzebujesz kilka złotych, Leszek ci da zaliczkę na coś do żarcia, na papierosy i telefon. OK?
Został. Pojechałem do redakcji. Kiedy już dotarłem na miejsce złe przeczucia, kiełkujące powolutku przez drogę, rozkwitły w pełni. Wyciągnąłem komórkę.
– Lesiu, tylko ja cię błagam, nie wpuszczaj go do swojego mieszkania! - zacząłem bez wstępów. - Rozmawiaj z nim w tym drugim mieszkaniu, albo na korytarzu. Co on robi? Czy coś robi w ogóle?
- Robi. Wali w ścianę, słyszę go, wyluzuj.
Zabrałem się za obróbkę makiet i planowanie następnego numeru. Godzinę później zadzwoniłem jeszcze raz, potem znowu i znowu. Kiedy zadzwoniłem pod wieczór, Leszek się wkurzył.
- Chłopie, mówiłem ci, żebyś wyluzował! Co on mi może zrobić? Jestem większy i silniejszy. Łom mam mu kupić dopiero jutro.
No, dobrze - wyluzowałem. Wieczorem Marcin wyszedł, wrócił dwie godziny później. Następnego dnia rano powiedział Leszkowi, że musi coś pojechać załatwić i wróci koło południa. Leszek zajął się swoimi sprawami, do domu dotarł koło czwartej. Marcina nie było. Lesio się wkurzył, zadzwonił do niego. Chłopak nie odebrał. Godzinę później przyszedł sms - Leszek przesłał mi go, skasowałem później tę wiadomość, zacytuję więc z pamięci:
"Leszek, jestem zajebanym narkomanem. Kiedy nie biorę dostaję dreszczy, mam problemy z sercem. Najgorszy kac to przy tym nic. Przepraszam was obu za to, że tak się zachowałem. Nie jestem złym człowiekiem, ale nie potrafię sobie z tym poradzić sam".
Kropka. Zrobiło mi się głupio, że okazałem się taki naiwny. Ale to nie koniec. Godzinę później Leszek zadzwonił do mnie i mówi:
- Słuchaj, podpierdolił farby!
- O, Jezu... I co jeszcze?
- Nic. Tylko farby.
Farby były nowiutkie, opakowania rzeczywiście efektownie wyglądały. Podejrzewam, że Leszek zapłacil za nie słono.
- Całe szczęście, że wziął tylko farby. Swoją drogę niezłą musi mieć krzepę - ważyły tonę. Ale ja tu jeszcze mu zostawiłem wiertarkę, szlifierkę, jakeiś narzędzia - połowa pożyczona. Dzięki Bogu, że tego nie wziął!
- Przepraszam cię... - zacząłem, ale przerwał mi w pół słowa:
- Za co ty mnie przepraszasz? Przecież dobrze wiedziałem jaka jest sytuacja! Wiesz co, chcę mu pomóc.
Pogadaliśmy chwilę i uzgodniliśmy, że trzeba spróbować. Podzieliliśmy się tak, że ja akcję sponsoruję, a Leszek realizuje. I Leszek przystąpił do akcji.
Zadzwonił do Marcina i zapytał go, czy on naprawdę chce z tego wyjść. Powiedział, że tak. Na drugi dzień umówili się pod urzędem na Pradze Północ (Marcin jest zameldowany na Targówku). Nie mam pojęcia jak Leszkowi udało się to wszystko, ale w ciągu dwóch dni załatwił zaświadczenie o zagubieniu dowodu osobistego (Marcin twierdził, że mu go ukradziono w noclegowni, ale prawdopodobnie dowód po prostu sprzedał). Z zaświadczeniem udali się do urzędu pracy i zarejestrowali Marcina jako bezrobotnego, dzięki czemu dostał ZUS. Z odpowiednim papierkiem poszli do lekarza, który po krótkim boju dał skierowanie na detoks w psychiatryku pod Radomiem. Pózniej pojechali do Monaru, udało się załatwić miejsce dla Marcina w ośrodku w Opolu, aby mógł tam pojechać na terapię po wyjściu ze szpitala. Na trzeci dzień rano Leszek pozbierał wśród znajomych trochę czystych ubrań, zapakował Marcina do auta i zawiózł do Radomia. Zaprowadzil do rejestracji, przypilnował przyjęcia na oddział i wrócił do Warszwy. Marcin był na detoksie przez całe święta, wypisali go tuż przed Sylwestrem. Poza jednym drobnym incydentem w szpitalu nie sprawaiał kłopotów, grzecznie brał leki i grzecznie nie ćpał. Po wypisie, Leszsek wsiadł w samochód, ruszył do Radomia, żeby Marcina zawieźć do Opola. I tu następuje kres historii. Marcin czekał pod szpitalem - czysty, schludnie ubrany i trzeźwy. Ale do Opola nie chciał jechać. Powiedział, że musi natychmiast wrócić do Warszawy, bo jest komuś winny pieniądze i musi je natychmiast oddać. Leszek zaproponował, że on albo ja oddamy tę kasę, ale nie było szans nawet na dyskusję. Marcin dobrze wiedzial, czego chce. A chciał oczywiście jednego - kolejnej działki, parkingu pod Carrefourem i spania na klatce schodowej. Leszek powiedział mu, że jeśli chce wracać, niech wraca sam pociągiem. Wsiadł do samochodu i wieczorem dotarł do domu. Był zdruzgotany. Ale ja nie. Długo o tym rozmawialiśmy. Leszek odebrał całą sprawę w kategoriach osobistej porażki. Ale przecież zrobił więcej dla tego chłopaka, niż prawdopodobnie ktokolwiek inny przez całe jego życie. Mnie nie kosztowało to aż tak dużo - poza pieniędzmi. Dla Leszka wizyta w Monarze, na oddziale detoksu w radomskim psychiatryku, kilugodzinna podróż autem ze śmierdzącym chłopakiem - to było coś więcej niż tylko czas i wysiłek. Myślę, że to było dla niego zderzenie z rzeczywistością, o której istnieniu zapomniał, a być może nigdy tak naprawdę nawet o niej nie myślał. Uznał, że jeśli uda mu się pomóc Marcinowi i dać mu szansę normalnego życia, jeśli tamten z niej skorzysta, wróci na prostą i zacznie żyć... hm... tak jak my - tak będzie najlepiej. Że w ten sposób on sam, Leszek, odniesie sukces, udowodni sobie coś; coś osiągnie - coś naprawdę ważnego. Ale ja myślę, że każdy ma prawo do wybrania sobie swojej własnej drogi. Być może Marcin - po tych niecałych dwóch tygodniach niećpania, trzeźwego umysłu, spania w czystym, ciepłym łóżku, regularnych posiłkach, telewizji, kubkach, szklankach, talerzach, ręcznikach, prześcieradłach, kapciach, czystej desce sedesowej, na której można bez obaw usiąść - być może po tym wszystkim uznał, że to mu nie odpowiada. Ma prawo tak myśleć, ma prawo zrobić ze swoim życiem to co chce. Być może uznał, że ćpanie i spanie na schodach, grzebanie w śmietnikach, żebranie o pięć złotych pod hipermartketem da mu więcej szczęścia przez tych parę lat, które da jeszcze radę tak przeżyć, zanim wreszcie zaćpa się na śmierć, albo zamarznie którejś zimy, wciśnięty między druciane wózki Carrefoura. Być może w jego pojęciu takie życie da mu więcej szczęścia, niż pięćdziesiąt lat czystego łóżka, pracy, dziewczyny, żony, dzieci. W kategoriach bezwzględnych oczywiście to błędne myślenie. Ale nie da się uszczęśliwić nikogo ani zbawić na siłę. Nie można go zmusić, żeby żył inaczej niż chce - nawet jeśli te jego pragnienia są determinowane przez narkotyki. A przynajmniej - ani Leszek, ani ja nie zdołalibyśmy tego zrobić. Ale nie mam poczucia porażki; nie czuję też rozczarowania. Wiem, że dzięki nam - przede wszystkim dzięki Leszkowi - ten chłopak miał dobre święta. Było mu ciepło, spał w normalnym łóżku, dostawał gorące jedzenie. I był na detoksie - oczyścił organizm z narkotyków, a dzięki temu przez kilka najbliższych miesięcy będą mu wystarczały mniejsze dawki i pewnie w sumie - przedłuży to jego życie o kilka miesięcy lub lat. My zrobiliśmy tyle, ile tylko mogliśmy. On wziął z tego tyle, ile chciał wziąć. I jeśli nawet postanowił nas wykorzystać po to, żeby mieć Boże Narodzenie pod ciepłym dachem, jedzenie i leki - cóż... wykorzystał nas w dobrym celu - nie naciągnął i nie okradł, po to, żeby mieć kasę na dragi. Wykorzystał nas po to, żeby przez kilkanaście dni nie ćpać, podleczyć się i mieszkać w normalnych warunkach. Na zdrowie więc.
Jeśli będziecie kiedyś w Carefurze na warszawskim Targówku i podejdzie do was niewysoki, przygrabiony chłopak o płowych, długich włosach, sympatycznej twarzy, błękitnych oczach i poprosi o to, żebyście kupili mu coś do jedzenia, poświęćcie dziesięć minut swojego czasu, podejdźcie z nim do McDonalda, albo do piekarni, kupcie mu hamburgera, albo bułkę i herbatę. Ale nie dawajcie temu chłopakowi pieniędzy - cokolwiek by wam opowiadał, potrzebne mu są tylko po to, żeby się mógł dzięki nim powoli zabić.

+ komentarze (12)

[2008-01-03]

Podróż

Przedsylwestrowy tydzien upłynął mi pod znakiem Stefanii Grodzieńskiej, która zaraz po świętach zadzwoniła do mnie i zapytała, czy nie bylibyśmy gotowi wydać pewnej książki. Od razu zastrzegła, że książka nie jest jej autorstwa. Napisana została przez jej przyjaciółkę, która opowiedziała w niej o swojej walce o przeżycie w warszawskim getcie i na Pawiaku podczas niemieckiej okupacji. Książkę od Stefanii odebrałem i przeczytałem w jeden wieczór. Napisana prosto, jasnym, nowoczesnym językiem opowiada o dramacie bez patosu, nawet z odpryskami poczucia humoru i dystansu. Codzienność warszawskiego getta, przedstawiona w najdrobniejszych detalach z punktu widzenia młodej osoby, wciągniętej w tryby machiny śmierci, przejmuje i dotyka właśnie dzięki tej perspektywie - spojrzeniu na przetrwanie jednostki, jej bliskich, bez generalizujących haseł "naród", czy "ojczyzna". Zdecydowanie zasługuje na wznowienie, trudno mi zrozumieć dlaczego - choć wydana została na początku lat sześćdziesiątych w niewielkim jak na owe czasy nakładzie - żadne wydawnictwo nie starało się przez te wszystkie lata o prawa do niej.
Stefania zgodziła się napisać wstęp, zatem przystąpiłem do prób nakłonienia Tomka, aby książką się zainteresował - wszystko na dobrej drodze.
Tomek zasiadł z książką w fotelu, a my ze Stefanią wybraliśmy się na wyprawę do jej przyjaciół mieszkających w Domu Aktora Weterana. Była to już druga taka nasza podróż - pierwszy raz byłem ze Stefanią w Skolimowie jakiś miesiąc temu. Wtedy nasza wizyta trwała zaledwie dwie godziny, ale w tę sobotę spędziliśmy tam całe popołudnie i część wieczoru. Jak opisać ten czas? Hm, ani słowo "niesamowite", ani zdecydownie słowo "ciekawe" nie oddaje ani w części wrażeń.

*

Już sama podróż ze Stefanią to wyjątkowe doświadczenie - od chwili gdy tylko zamykam drzwi auta i przypinam pas, aż do chwili gdy parkuję na skolimowskim parkingu, Stefania mówi. Mówi cicho, nachylam się więc w jej stronę, zły na silnik, który pracuje zbyt głośno i na klimatyzację, której szum zagłusza słowa. Stefania opowiada o okupacji, o swoim życiu w latach 30-tych. O gruźlicy, na którą zachorowała wraz ze swoim pierwszym mężem wkrótce po ślubie. O pobycie w zakopiańskim Sanato - sanatorium, w którym przebywali ludzie chorzy na "młodzieńczą gruźlicę".
- Wiesz, my tam wszyscy byłiśmy przekonani o tym, że umrzemy. Większość rzeczywiście umarła, ja przeżyłam. Żyliśmy tam z całkowitą pewnością śmierci, bawliśmy się więc do upadłego. Całymi nocami tańczyliśmy i piliśmy. To oczywiście było zabronione, nam nie wolno było pić alkoholu. Kiedy przychodził jakiś nowy, sprawdzaliśmy go czy można mu zaufać, czy nie wygada. Jeśli przechodził test pomyślnie, zostawał na oddziale. Jeśli nie - ktoś z nas szedł do pielęgniarek i mówił, że ten chłopak, czy dziewczyna niezbyt dobrze się czuje w naszym towarzystwie, że na innym oddziale będzie mu lepiej.
Stefania opowiada o czasach powojennych, o pracy w radio, w telewizji. O niezliczonych trasach koncertowych, "chałturach", w których brała udział. O Brzechwie, Tuwimie, o ludziach, których znała.
Mówi cicho, precyzyjnie, z poczuciem humoru i dystansem. To nie są opowieści kogoś, dla kogo przeszłość jest całym światem, nie. To po prostu rozdziały jej życia. Dzieli się nimi ze mną bez tego często spotykanego u starszych ludzi stwierdzenia "wtedy to było życie, nie to co teraz". "Teraz" jest dla Stefanii tak samo ważne, jak "wtedy". Może "teraz" jest trudniejsze - gdy organizm zaczyna odmawiać posłuszeństwa, reszta schodzi na dalszy plan. Ale dostrzega detale i mechanizmy teraźniejszości, analizuje je i przyswaja. Chciałbym mieć tyle szczęścia, by być do tego zdolnym, gdy - jeśli - osiągnę jej wiek.
W Skolimowie wita nas Zosia Wilczyńska, przyjaciółka i równieśniczka Stefanii. Zosia jest aktorką i tancerką. W jej pokoju na ścianach wiszą oprawione zdjęcia ze spektakli, w których występowała, jej portrety, fotosy z przedwojennych filmów. Ale - inaczej, niż u Witolda Grucy, którego odwiedzamy później - ta ekspozycja nie robi wrażenia mauzoleum. Zosia, podobnie jak Stefania, płynie z czasem. Te zdjęcia i obrazy są tylko zapisem czasu, etapów życia, a nie teatralnymi zastawkami, przesłaniającymi obecną rzeczywistość. Przyjaciółka Stefanii z równą swadą i zainteresowaniem mówi o wydarzeniach na planie filmowym "Białego Murzyna" z lat 30-tych, jak i o perypetiach na planie obecnie kręconego w Skolimowie filmu, w którym biorą udział mieszkańcy domu.
- Irena Kwiatkowska złamała rękę, potknęła sie o dywan. Witek złamał nogę, Nina Andrycz spadła ze schodów podczas zdjęć. Ale to nic poważnego.
- Bhp na planie szwankuje - stwierdzam. Śmieją się obie.
- Reżyser zaproponował mi większą rolę - opowiada Wilczyńska - ale kiedy zobaczyłam scenariusz, zrezygnowałam. Tyle tekstu do nauczenia, nie chciało mi się. Powiedziałam mu, że nie lubię latać samolotem. Zbaraniał i mówi, że przecież nie będę musiała latać samolotem. No chyba pan nie myśli, że po Oscara popłynęłabym później statkiem!
Wilczyńska, szczupła i prosta jak trzcina, ubrana w kolorową jak tęcza, wąską, robioną na drutach sukienkę do kostek, podaje nam kawę, ciastka, podsuwa mi mandarynki. Zagląda do nas skolimowski ksiądz Kazio, Stefania pospiesznie chowa okulary. Dochodzi dwudziesta, czas się zbierać.
- Chodźmy jeszcze do Witka - prosi Stefania.
Pan Gruca, tancerz i choreograf, legenda polskiej sceny, mieszka na parterze. Leży w łóżku, ze ścian spoglądają na nas jego niezliczone fotosy. Piękny, doskonale zbudowany młody chłopak, ale - w odróżnieniu od wrażenia, jakie robiły oprawione zdjęcia na ścianach pokoju Zosi - ta wystawa jest smutna i przejmująca. Na czym polega różnica? - zastanawiam się, parząc na czarno-białe zdjęcia. Nie na tym, że ten przystojny chłopak o jasnych oczach, teraz leży przykuty do łóżka. Raczej na tym, co przedstwiają te zdjęcia. U Wilczyńskiej to były po prostu sceny z minionego czasu - kostiumy, klatki z przedstawień i filmów. Tu bohaterem nie są wydarzenia, ale on. Kadry są ciasne, tło puste. Nawet jeśli na zdjęciu jest ktoś jeszcze, nie widać jego czy jej oczu. Widać tylko tego ślicznego chłopaka, en face, z półprofilu, z profilu, z uśmiechem, z pochmurną miną. Te zdjęcia próbują zagłuszyć szelest upływającego czasu, próbują odwrócić uwagę od rzeczywistości. "Nie patrz na mnie, nie patrz jak teraz wyglądam. Popatrz na te zdjęcia, one mówią prawdą. Taki jestem". Już nie. Na ścianach, między fotosami, wiszą dwa renesansowe pałacowe portrety. Kobieta, ubrana w sztywną suknię; ze ściągniętą, bladą twarzą, surowym spojrzeniem i mężczyzna z marsem na czole i kryzą pod ciemną, spiczastą brodą. Gruba warstwa werniksu na obu płótnach ściemniała i popękała od upływu czasu, masywne, złocone ramy zmatowiały. Barwy na obrazach przybladły i zżółkły. Ci ludzie wpatrują się w siebie nawzajem z przeciwległych ścian, nie pamiętają swoich imion. A między nimi tańczą szare, wibrujące cienie pięknego, półnagiego młodego mężczyzny.
Wychodzimy, wsiadamy do samochodu. Wieczór jest mroźny, niebo czyste. Zapinam pas i wyprowadzam auto na drogę. Stefania mówi do mnie, nachylam się lekko w jej stronę...

Stefania

+ komentarze (5)

[2007-12-27]

Wigilijnej nocy czar

I po świętach. Upłynęły w niemal miłej atmosferze, zdecydowanie przy braku relaksu i zdecydowanie na gorączkowej krzątaninie. Za bardzo się starałem w wigilijny wieczór - łącznie z daniami przygotowanymi przez mamę Tomka, moją, mnie samego i poczciwego "Samsona" z Nowego Miasta na stół wyjechało równo 17 dań. Mam na myśli całe dania, nie żadne oszustwa w rodzaju: "a masło liczyłeś?". Wspiąłem się na wyżyny kuchennej ergonomii - punkt 18.00 wszystko było gotowe, ustawione na stole, bądź dochodzące w piekarniku. Choinka błyszczała - sztuczna oczywiście, ale i tak prawie jej nie było widać spod hałd ozdób i światełek. Psy pod stołem, kot w szafie na moich swetrach (nie lubi zamieszania), a my przy stole. Mama Tomka ukradkiem przemyciła w torebce działkę opłatka, który sprawnie rozprowadziła wśród zgromadzonych. Po kolacji (nie, nie absolutnie niczego już nie zjem! Wykluczone! No, może... No, dobrze... Ale to ostatnie! Już mi nie dokładaj! A tam co stoi? Nie jadłam tego chyba...) nastąpił podział prezentów. Prezenty gwiazdkowe to osobny rozdział, którego mottem jest "rany boskie, żeby tylko po równo wyszło". W tym roku nie wyszło - kapcie weszły w paradę. Papucie za 9 zl wypatrzyl w Ikei Tomek, uwielbia takie prezenty, od razu je wrzucił do koszyka. Dwie pary - dla jego mamy i dla Maryli, czyli opiekunki mamy.
-Nie bierz tych kapci dla mamy - powiedziałem. - Bo będzie miała za dużo prezentów i będzie łyso.
- No to ty też weź kapcie dla swojej - odparł.
Kapcie były frote, plackowate. Nie widziałem w nich swojej mamy, poza tym jeszcze by sobie w nich zęby wybiła. Chodzić w czymś takim można wyłącznie metodą szuru.
- Weź jedne dla Maryli. Maryla jest młoda, może szurać nogami przy chodzeniu i zębów sobie nie wybije.
- No, nie wiem, będzie afera - westchnął Tomek i odłożył jedne papcie.
Poza nimi oczywiście były inne prezenty, większe i mniejsze. Jedne kosztowniejsze, inne tańsze. Ale i tak kapcie wypłynęły na powierzchnię zdarzeń, bo kiedy Maryla je dostała, mama Tomka wciągnęła głośno powietrze i powiedziała:
- Jakie ładne kapcie. No, JA kapci nie dostałam.
Ale jakoś te kapcie w końcu zostały przełknięte. W minutę po rozdaniu prezentów przybył mój ojciec - prosto z pracy. Jest aktorem, a w wigilię sobie dorabia, wynajmując się w charakterze świętego Mikołaja. Głównie w prywatnych domach i głównie pod kątem dzieci, ale nie zawsze.
Moi rodzice - rozwiedzeni jakieś 25 lat temu - z pokazowo przyjemnymi wyrazami twarzy zajęli miejsca jak najdalej od siebie (widać to dobrze na zdjęciu. Moja mama siedzi po lewej stronie stołu, a ojciec po prawej). Rozmowa jednak toczyła się rączo przez czas jakiś. Później koncepty się skończyły, wpadł z pospieszną wizytą mój przyjaciel Leszek, wypadł, a potem Tomkowi strzelil bezpiecznik. Tomcio nie jest typem rodzinnym i niespecjalnie towarzyskim, szczerze mówiąc najlepiej czuje się, kiedy jesteśmy sami we dwóch w domu. Przeciągająca się wigilia (minęła 23.00) wyczerpała jego zapasy potrzeb socjalizacyjnych. Najpierw się z lekka nadął - już wiedziałem, że nadchodzi kryzys, ale nie wiedziałem jak go powstrzymać, zajęty jednoczesnym kontrolowaniem dyskusji moich rodziców (-straszne mam kłopoty z Wojtkiem - rzecze ojciec [Wojtek to 3 syn ojca z kolejnego małżeństwa, ja jestem z drugiego] - Ma się, co się chciało - odpowiada na to szybko moja mama) oraz głośnością telewizora, sterowaną przez mamę Tomka, w myśl zasady "teraz WSZYSCY oglądamy telewizję, a jeśli nie chcecie oglądać, to przynajmniej POSŁUCHACIE". Później przestał się odzywać (ten etap został uwieczniony na fotce, uważny obserwator zauważy charakterystyczny wyraz twarzy), jeszcze później zaczął się odzywać zupełnie niewigilijnie, wreszcie zerwał się, wywlókł psy spod stołu, w pośpiechu włożył buty i pognał w mroźną czerń nocy. Na spacerek.
Mój ojciec czym prędzej się ewakuował, z szybkością światła przystąpiłem do porządków. Obie mamy zostały zapędzone do łóżek i kiedy Tomcio powrócił z tułaczki jakieś pół godziny później, dom był już cichy i spokojny. Mimo wszystko - biorąc pod uwagę wcześniejsze wigilie, podczas których to mnie kilkakrotnie strzelały bezpieczniki, tegoroczne święta uważam za niesłychanie udane.

wigilia

+ komentarze (6)

[2007-12-19]

Kilka słów o byciu razem

Wreszcie udało mi się złożyć wniosek o wydanie nowego dowodu osobistego! Jak na mnie to niemały wyczyn, bo nie cierpię urzędowych spraw i odkładam je jak długo się da. Dziś zebrałem się w sobie i wyruszyłem do urzędu. Kolejka okazała się mniejsza niż się spodziewałem - zaledwie 19 osób. Wypełniłem niezbędne papiery, wpłaciłem konieczną kwotę i ulokowałem tuż pod wyświetlaczem numerów z „New Romantic” Michała Zygmunta w ręku. Książka jest rewelacyjna, choć nie polecam jej do czytania w miejscach publicznych - niepowstrzymane chichoty, które się ze mnie wydobywały zwracały na mnie zdecydowanie niezdrowe zainteresowanie znudzonej reszty oczekujących. Gdy „New Romantic” skończę, napiszę więcej. Jak dotąd - polecam serdecznie :)

W redakcji Mojego Mieszkania przedwczesna wigilia. Ubraliśmy ekstrawagancko-amerykańsko-białą sztuczną jodłę wysoką na 2 m - choinkowy Kuklux Klan, albo - a propos świątecznych duchów - choinkowa Brunhilda. Jedliśmy galarety i rozdawaliśmy prezenty - oczywiście wnętrzarskie.

Przed wydaniem „Berka”, zastanawiałem się nad tym jak zareagują na niego ludzie w wydawnictwie. W sumie książka stała się jednym z powodów, dla których zdecydowałem się odejść z funkcji naczelnego magazynu i przejść na pozycję opiekuna merytoryczno-artystycznego. Podjąłem tę decyzję na kilka miesięcy przed premierą rynkową książki, licząc się z tym, że „Berek” może spowodować jakieś problemy w pracy. Problemów jednak nie było. Wręcz przeciwnie. Reakcje ludzi - zarówno w mojej redakcji, która w komplecie przybyła na imprezę promocyjną do Toro, jak i pracowników innych pism - są fantastyczne. Przynajmniej tych, którzy „Berka” przeczytali, bo tylko tacy przychodzą do mnie porozmawiać o książce i całej sytuacji. Część z nich znałem tylko przelotnie ze spotkań na korytarzach, w windach, czy bufecie. Jak do tej pory nie usłyszałem ani jednego komentarza negatywnego, wręcz przeciwnie. Jednych książka śmieszy, innych wzrusza. Inni mówią, że jest ważna i istotna, a inni - że fajnie spędzili przy niej czas. Część gratuluje odwagi, a część na pytanie, czy dosadność opisów nie była dla nich bulwersująca, wzruszają ramionami ze zdziwieniem - nie, co w tym bulwersującego? Te reakcje - heteroseksualnych czytelników - ogromnie dużo dawały mi siły i wiary w „Berka” w pierwszych tygodniach. A jednocześnie - stanowiły dla mnie pierwszą próbkę reakcji heteryków na nasz wspólny publiczny coming out. Były pozytywne i „normalne” utwierdziły mnie w przekonaniu, że zrobiliśmy słuszny krok.

Tomek zmęczony, ja też. Nie wiem, czy odpoczniemy przez nadchodzące dni, raczej wątpię. Co prawda lawina medialna już się kończy, ale te święta raczej nie będą sprzyjały relaksowi.
Jaki jest nasz związek? Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie innego. Pewnie, że bywają złe chwile, czasami złe okresy - raz na kilka lat nawet dramatycznie złe. I Tomek nie należy do łatwych ludzi, i ja z pewnością też nie. Czasami się ścieramy, nawet często. Czasami są ciche dni, a czasami wrzaski z rzucaniem szklankami. Ale tylko czasami, a pomiędzy są normalne, fajne dni, tygodnie i miesiące. Dużo rozmawiamy, dużo pracujemy, prowadzimy razem firmę. Niekiedy jeździmy na kolacje, czy obiady do miasta, niekiedy chodzimy do kina, albo do znajomych. Często jeździmy do naszego domu nad morzem. Wymyślamy sobie nowe zadania-wyzwania i próbujemy im sprostać. Adela
Mamy dwa psy i kota - Adelę, Miećkę i Kicię (tak wiem, że to idiotycznie banalne imię dla kota, sorry). Może nieczęsto chodzimy z nimi na długie spacery, ale często się z nimi bawimy. Jakie wady ma Tomek? Oooo... :) z pewnością egocentryzm, z pewnością egoizm. Jakie ma zalety? Na pewno okresową empatię, na pewno wielką inteligencję - chyba nigdy jeszcze nie poznałem drugiego tak inteligentnego faceta. Ma dobre serce, bywa wspaniałomyślny. Wierzy we mnie, jak nikt inny na świecie - z wyjątkiem mojej matki :) Zawsze mnie wspiera, zawsze staje po mojej stronie. Zawsze mogę na niego liczyć i być go pewnym. A jakie wady mam ja? Nieskończenie wiele. Bywam niekontaktowy - gdy nad czymś myślę, lub pracuję (to znaczy często). Maniakalnie zbieram starocie i antyki, zalewam dom lawiną gratów. Walczę z tym, ale to jak dotąd nałóg silniejszy ode mnie, ostatnio czynię niewielkie postępy, ale wiem, że Tomek z tego powodu cierpi, bo on nie przywiązuje wagi do rzeczy i lubi pustą przestrzeń. Bywam egoistyczny i egocentryczny. Jestem furiatem. Czasami jestem mizantropem. Czasami jestem chamski i gruboskórny. Czasami mam napady głupawki. Za dużo rzeczy mnie śmieszy i za często się śmieję. A jakie mam zalety? O to zapytam Tomka, który właśnie teraz siedzi zamknięty w swoim pokoju, bo się na mnie obraził. Pokłóciliśmy się. W tej sytuacji to będzie prawdziwy test :) Idę do niego. Zalety Marcina wg Tomka: wszechstronność, ambicja, brak uprzedzeń, dobra pamięć, łatwość uczenia się wszystkiego, błyskotliwość, przyzwoitość charakteru. To wszystko co z siebie wydusił, chociaż ciągle jest jeszcze nabzdyczony. Zresztą na początku wcale nie chciał nic powiedzieć, ale ja mam jeszcze jedną zaletę, o której nie wspomiał - nigdy nie daję za wygraną :)

16.12.2007 u Maćka

+ komentarze (12)

wpisy 1 - 5 z 7

« poprzednie[1][2] następne »